mooh
07.12.05, 13:58
Melancholia mnie dopadła po przeczytaniu wątku Duramgamy o narodzinach taty.
Chciałabym, żeby u mnie TATA, jeśli nie może się jeszcze narodzić, to niechby
się chociaż już począł. Na początku wszystko zapowiadało się dobrze.
Narodziny Klusi mąż przyjął chyba nawet lepiej niż ja. Pierwsze trzy tygodnie
był ze mną. Ale teraz widzę szklaną ścianę między nim a dzieckiem. Ja
oczywiście jestem po Klusiowej stronie ściany. Owszem, pomaga mi, ale… No
właśnie – POMAGA MI. Nie OPIEKUJE się Klusią, tylko mi pomaga się nią
opiekować., nie jedziemy z małą do lekarza, tylko on NAS zawozi. Różnica niby
subtelna ale wyczuwalna. Rozmowy niewiele pomagają, dystans rośnie…. Smutno
mi. Czekam na przełom, ale czy on na pewno nastąpi?