mooh
30.01.06, 12:15
Na pewnym zaprzyjaźnionym forum jest wątek o sukniach ślubnych, który
przywołał wspomnienia. Opowiedziałam tam tę historię, więc opowiem i tutaj,
bo poniekąd jest zabawna.
O mojej sukni ślubnej.
Była koloru ecru. Dół wąski, z wydłużonym tyłem, góra dopasowana, dość
zabudowana, dekolt w łódkę, na materiale srebrny ornamencik. Strasznie mi się
to połączenie spodobało, bo było nietypowe. Przeważnie ecru łączy się ze
złotym, a nie srebrnym, a my jeszcze mieliśmy w planach obrączki z białegoo
złota... Zresztą nie w tym rzecz, jak wyglądała. Wisiała sobie na wystawie w
salonie z francuskimi kreacjami i kusiła. No i się zdecydowałam. Zamówiłam.
Do ślubu było mnóstwo czasu, pięć miesięcy, ale mój jeszcze wtedy nie mąż i
ja postanowiliśmy, ze u nas nie będzie żadnego przedślubnego chaosu, gonienia
własnego ogona. Przyjdzie TEN dzień, wsiądziemy do samochodu, pojedziemy,
weźmiemy ślub i wrócimy do domu. Wesela miało nie być, tylko szampan i tort w
ogródku pewnej restauracji na Gdańskiej Starówce. Ogródek też zaklepaliśmy.
I co? 10 dni przed ślubem sukni jeszcze nie było. Tydzień przed ślubem też
jej jeszcze nie było. Ślub był w sobotę, suknia przyszła w środę. Założyłam
ją i zbaraniałam. Ramiona odstawały tak, że mogłam pod każde schować beret.
Srebrna nitka z modelu na wystawie została zdegradowana do brokatowej farbki,
która z jednej strony na przodzie starła się (wielkie rzeczy - se pani
domaluje!). Zamek z tyłu był wszyty tak krzywo, że prościej sama bym go
wszyła, po ciemku z zamkniętymi oczami, na zepsutej maszynie. Dół sukni za
mocno skrócono. Stwierdziłam, że prędzej pójdę w dżinsach i t-shircie niż
zapłacę 3000 za tę szmatę.
Tak więc, na trzy dni przed ślubem zostałam bez sukni. Uratowały mnie panie z
innego salonu, które w dwa dni przerobiły coś, co miały na wieszaku. I kiedy
w piątek wieczorem biegłam na ostatnią przymiarkę, przed wejściem do salonu
ugryzł mnie pies.
Ceremonia była piekna i minęła bez ekscesów, chociaż teściowa rano się upiła.
Za to poczęstunek w ogródku... Personel restauracji zamiast ogródka,
przygotował stoły w sali udekorowanej jakimiś pseudobarokowymi bochomazami
przedstawiającymi gołe baby i na powitanie puścił muzyczkę typu bawarskie
umpapa. A w kamerze wyczerpała się bateria. To tyle wspomnień zupełnie od
rzeczy o mojej sukni i ślubie.