kropka
03.04.03, 16:46
Dotarłam do domu bardzo późno.
- Jestem!!! zawołałam oczekując zwykłego tumultu nóg, radosnych szczekań i
ptasich wrzasków. Nic z tego. Cisza.
Szybko spojrzałam w stronę posłania psa-seniora. Spał, oddychał spokojnie, –
żyje pomyślałam z ulgą. Z kuchni dobiegały dźwięki energicznie przestawianych
garnków. Acha! Niania ciska garami, znaczy - jednak coś się stało.
Jasiek siedział na kanapie i chlipał głośno.
- Co jest? Spytałam przerażona, bo płaczącego najmłodszego nie widziałam już
ładnych parę lat.
- chlip!
- Co jest????
- Chlip! Chlip! Chlip!
- Jak natychmiast nie powiesz, to cię trzasnę i przynajmniej będę wiedziała,
dlaczego ryczysz!
- Stłukłem pączka... chlip! Chlip! Buuuuuuuuuuuu....
Odetchnęłam. „Pączek” był kubeczkiem, który Jasiek dostał na swoje trzecie
urodziny. Był niebieski z namalowanym siedzącym szczeniakiem dalmatyńczyka.
Wcześniej Jasio miał pieska-pluszaka, którego nazwał „Pączek”, naturalną więc
koleją rzeczy imię przeniosło się na kubeczek. Z czasem pluszak został
zjedzony przez prawdziwe psy i znikł w oparach śmietnika i historii, a w
żargonie domowym pojawiły się pytania:
- W czym chcesz kakao? W pączku.
- Zrób mi kogel-mogel w pączku.
- Muszko, ona pije z mojego pączkaaaaa!!!!
Nikt w rodzinie nie śmiał tknąć pączka. Jasiek miał wyłączność. Nawet w
najbardziej uroczyste dni, gdy na stół wjeżdżał porcelanowy serwis po babci,
wszyscy z dumą pili herbatę w wytwornych filiżankach, a Jasiek w pączku.
Najgorsze świństwo, nawet mleko było do wypicia pod warunkiem, że w pączku.
Przytuliłam swoje „maleństwo” starając się nie roześmiać. Utuliłam,
wygłaskałam, położyłam spać, obabuchałam kołdrą. Z ciężkim sercem patrzyłam
jak szlochał przez sen.
Póżno w nocy usiadłyśmy z Nianią w kuchni z herbatą. Jak zwykle, milczałyśmy.
Grzałam ręce o cieplą szklankę, bezwiednie dotykałam językiem jej brzegu. Był
cienki, delikatny, szlachetny. W jednym miejscu natrafiałam na maleńką
wypukłość. Ot, taka drobna wada szkła. Na oko niewidoczna, ale językiem
wyczuwałam ją wyraźnie. Z całego kompletu kupionych niegdyś szklanek, ta
jedna miała nierówne dno. I z całego kompletu po latach tylko ona się
uchowała. Miała też nierówno odlane uszko. U dołu węższe, u nasady szersze.
Znałam każdy milimetr jej powierzchni. Wiedziałam dokładnie, ile esencji
trzeba nalać, żeby herbata miała odpowiednią moc, ile wody, żeby zmieścił się
cukier. Wiedziałam, ile cukru wsypać, żeby herbata miała odpowiedni smak.
Ile zamyślonych godzin spędziłam trzymając ją w dłoniach? Ile problemów
rozwiązałyśmy wspólnie? Ile pomysłów wpadło mi do głowy, gdy w zimowe
wieczory obdarowywała mnie swoim ciepłem? Ile razy marzyłam, żeby znaleźć się
w domu i napić herbaty? Bo kiedy siedzę w kuchni ze SWOJĄ szklanką herbaty,
wiem, że będzie dobrze, wiem, że jestem bezpieczna.
Możecie wierzyć, lub nie, ale moja szklanka zadziałała. Przypomniałam sobie.
Natychmiast zadzwoniłam do koleżanki, z którą nie widziałam się co najmniej
2 lata.
- Czy masz jeszcze ten niebieski kubek z dalmatyńczykiem Disneya? Pamiętasz,
kupowałyśmy razem parę lat temu w Zakopanym.
- Oszalałaś? Jest pierwsza w nocy!
- Masz???!!! wrzeszczałam, jakby od tego życie zależało.
- Mam, ale....
- Musisz mi go dać. Zaraz będę.
Rano na stole czekał na Jaśka pączek kakao.
- Skleiłaś??? Nie ma śladów...przecież w nocy nie kupiłaś...jejku, ma nawet
takie samo krzywe oczko... i plamkę na ogonie... to ten sam???? Muszko, ty na
prawdę umiesz czarować?
- Czy wątpiłeś kiedykolwiek? Pij szybko, bo późno.
Patrzyłam, jak z niedowierzaniem odnosi kubeczek do kuchni, jak zakładając
plecak nie spuszcza go z oczu. Wsiadając do samochodu patrzyłam, jak
spokojnie, uśmiechając się do siebie, maszeruje do szkoły.
Otacza nas sporo drobnych przedmiotów, których na co dzień nie dostrzegamy.
Używamy ich nie zdając sobie sprawy z ich znaczenia. Im dłużej nam
towarzyszą, tym stają się bardziej niezbędne. Starzeją się, brzydną, wychodzą
z mody, ale są nasze, bardzo osobiste. Nie zdając sobie z tego sprawy –
dzilimy się z nimi swoją duszą. A może to one dzielą się swoją duszą z nami?
Szanujcie, proszę, martwe przedmioty swoich pociech. Stare? Brudne?
Zniszczone? Byc może. Ale kochane, najdroższe i dające poczucie stabilizacji.