Dzisiaj był najgorszy dzień w moim życiu. Róża od rana marudna, jak jakaś królewna: śniadania nie, ona chce lody albo czekoladę, jak zabroniłam wpadła w histerię, rzuciła się na podłogę i ryczy. Olałam ją, ale za chwilę Anielka odstawia taki sam cyrk, może chciała naśladować starszą siostrę. Zostawiłam beksy w pokoju i poszłam do syna, który wypluł większą część śniadania, więc - wciąż spokojna - zostawiłam plujka w kojcu i wróciłam do dziewczynek. One oczywiście zapłakane, zasmarkane, ciągle bez śniadania, ale widocznie głodne nie były. Wyprawiłam całą trójkę i wyszliśmy na zakupy. W sklepie znowu cyrki - dziewczynki drą się, że są głodne, ludzie się na mnie krzywo patrzą, a ja spokojnie do tych histeryczek, że mogę im kupić po bułce, a one - a jakże by inaczej! - że chcą batona. Kupiłam najpotrzebniejsze rzeczy i wracamy do domu. Jeremi zdążył się w tych czasie zwalić w pampersa, więc się spieszę, żeby go przebrać, a Anielka zauważyła plac zabaw i ona chce się teraz bawić. Róża oczywiście podłapała pomysł. Tłumaczę więc, że Jeremi zrobił kupę i jak go przebiorę to oczywiście możemy na plac wrócić. Panny w ryk, młodsza rzuciła się na glebę i zaczyna cudować. Znowu spojrzenia przechodniów, ale nic - zostawiłam córę na ziemi i powoli idę w stronę domu, chociaż już powoli odpływam od tego smrodu z pieluszki. Cyrkowiec się zorientował, że widowni nie ma, więc jakoś udało nam się dotrzeć do domu. Tam Anielka padła ze zmęczenia, Jeremi też zasnął a Róża oglądała bajkę, więc się wzięłam za obiad. Za chwilę Anielka się z płaczem budzi, że ona chce batona, ja mówię "nie zjadłaś śniadania, batona nie ma, mogę ci dać bułkę" a ona znowu w ryk. Już u kresu wytrzymałości posadziłam obok siostry przed TV, zrobiłam kanapkę i kakao (że niby taka rozpuszczona czekolada - na szczęście się udało). Róża też przy okazji coś skubnęła. I już byłam z lepszym nastroju, kiedy obudził się Jeremi z płaczem (do tej chwili nie wiem czemu płakał), musiałam go dobrą godzinę nosić na rękach, żeby się uspokoił. W końcu się uspokoił, wtedy dziewczynki zaczęły śpiewkę o placu zabaw. Patrzę, że obiad nie zrobiony, ale obiecałam więc trzeba się ruszyć. Dotarliśmy na plac, zaczęło padać, wtedy pomyślałam, że mam cholernego pecha. Wzięłam więc dzieci do McDonalda (wiem, że to niepedagogiczne, ale wybaczcie - byłam na skraju wyczerpania). Wróciliśmy do domu, dziewczynki o placu zabaw nie wspomniały. Obiad w proszku, więc już to olałam, Jeremi zasnął a ja się zaczęłam bawić w córami. Było ok, ale wyszłam na chwilę, wracam - a one się napieprzają klockami. Pytam o co poszło, obie w spazmatycznym płaczu nie były w stanie mi odpowiedzieć (do tej pory zresztą nie wiem). Na szczęście chwilę potem wrócił ślubny i zajął się dziewczynkami. Ja zążyłam wykąpać syna, położyłam go spać, trochę pokwękał ale w końcu padł (może te wrzaski sióstr go tak zmęczyły). Dziewczyny wykąpane, po kolacji, kładę Anielkę spać, a ona w ryk bo... chce na plac zabaw! Więc jej przypominam uprzejmie, że w drodze z obiadu nie była łaskawa nawet na plac zerknąć. Jakoś udało się ją uspokoić. Teraz mąż siedzi z Różyczką i czytają książke a ja się tutaj wyżalam. Strasznie się rozpisałam, ale wybaczcie - komuś musiałam o tym napisać. Zresztą Małżonek zaraz usłyszy tę samą historię. Pozdrawiam