bluematylde
24.10.09, 13:14
Tyle tu się ostatnio mówi na temat idealnych małżeństw i idealnych
partnerów, że postanowiłam przedstawić Wam swoje małżeństwo, które
jest.... całkowitym zaprzeczeniem ideału... a wręcz powoli robi się
koszmarem. Pozwolę sobie na szczerość, bo używam nicka, pod którym
nikt mnie nie zna i tak naprawdę nie wiem czego od Was oczekuję, bo
wiem, że już dawno powinnam od niego uciec.
Wyobraźcie sobie takie małżeństwo. Ona - ekstrawertyk, inteligentna,
zadbana i atrakcyjna (choć mam wiele kompleksów wiem, że podobam się
facetom), osiągająca sukcesy zawodowe, bardzo zaradna, dla której nie
ma rzeczy niemożliwych. Ambitna, energiczna, oczytana, kochająca
świat i wszystkich ludzi.
On - introwertyk, wiecznie narzekający, zmęczony i niezadowolony. Nie
interesujący się kompletnie niczym oprócz oglądania piłki nożnej w
TV, dla którego szczyt marzeń to leżenie od rana do wieczora i
nicnieorobienie. Nie lubiący czytać, mało inteligentny, mało zaradny,
wszystko przychodzi mu z ogromnym trudem. Nie ma ŻADNEJ rzeczy, na
której by się dobrze znał i nie ma ambicji żeby jakąś wiedzę zdobyć.
Do tego wszyscy ludzie są według niego nienormalni i nie warto się z
nimi zadawać, wszyscy go denerwują, przeszkadzają mu, jest strasznym
rasistą.
Kiedy zaszłam w ciążę kompletnie się tym rozwijającym w moim brzuchu
dzieckiem nie interesował (choć niby bardzo chciał dziecko). Nie
pomagał mi, nie troszczył się, nawet nie chciał przyłożyć ręki do
brzucha kiedy dziecko kopało. Pierwszy rok dziecka to była tragedia.
Kompletnie żadnej pomocy i wsparcia z jego strony! Dopiero po 1 roku
poczuł do dziecka miłość i jako tako zaczął się nią interesować i mi
pomagać.
W ogóle nie mogę na niego liczyć...Miałam straszliwie ciężki poród i
głupie położne wysłały mnie do domu bez sprawdzenia rozwarcia (w UK).
Zwijałam się w domu z bólu, gryzłam ściany, dostałam krwawienia, a on
jak gdyby nigdy nic poszedł spać. Prawie siłą zmusiłam go, żeby
zawiózł mnie do szpitala. Ledwo zdążyłam, bo zaczęłam rodzić na
korytarzu.
Inny przykład - jechaliśmy z rocznym dzieckiem pociągiem. Był
straszliwy tłok i udało mi się jedynie wsiąść do pierwszego z brzegu
przedziału, który okazał się cały zarezerwowany. Jakiś pan odstąpił
mi na chwile miejsca, a w tym czasie mój mąż miał znaleźć dla nas
miejsce. Tzn. ja poprosiłam go, żeby znalazł, a on stanął w
korytarzu i kompletnie to olał. Facet stał i czekał, ja czekałam, a
on sobie tam po prostu stał. Wstałam więc i z torbą, oraz malutkim
dzieckiem na ręką chodziłam od przedziału do przedziału, żeby ktoś mi
ustąpił. Do tej pory płakać mi się chce na samą myśl. Takich
przykładów mam wiele...
Żeby było jeszcze gorzej - w ogóle ze sobą nie sypiamy. W ciągu dwóch
ostatnich lat kochaliśmy się dwa razy! Z mojej inicjatywy... i było
beznadziejnie. Jesteśmy 9 lat razem i nigdy nie miałam z nim orgazmu.
Wiele razy mówiłam mu co i jak lubię, ale NIGDY nawet nie starał się
spełnić moich marzeń czy zadowolić mnie tak jakbym chciała. On nigdy
nie potrzebował zbyt wiele seksu i zawsze inicjatywa była po mojej
stronie, ale teraz już zwyczajnie niczego mi się inicjować nie chce,
bo w moich oczach on już mężczyzną nie jest.
Mam wrażenie, że mam w domu dwójkę dzieci. On naprawdę nic nie
potrafi sam zrobić, wszystko o co go proszę (np. umycie naczyń) robi
z wielką łaską i jest przy tym tak zdenerwowany, jakbym poprosiła go
o nie wiadomo jak trudną przysługę. Wszystkie naprawy w domu robię
ja, mój tato, lub on po długim rozmowach i instrukcjach z mojej lub
mojego taty strony.
Kompletnie nie ma poczucia humoru i totalnie przerastają go wszelkie
problemy. Kompletnie nie czuje się przy nim bezpieczna (kiedyś jakiś
facet zbluzgał mnie przy nim, a on nawet nie zareagował), nie mam w
nim żadnego wsparcia. Co więcej - ja go już chyba po prostu nie
kocham. Kompletnie mnie nie interesuje, nie czuję współczucia kiedy
jest chory, nie potrafię się do niego przytulić, a wręcz uciekam
nawet od jego dotyku. Czuje, że z dnia na dzień jest coraz gorzej i
boję się, że w końcu go znienawidzę.
Żeby nie było - mam ciężki charakter, jestem nerwowa i apodyktyczna.
Straciłam do niego cały szacunek i jedyne co mnie przy nim trzyma to
to, że nas (mnie i dziecko) kocha i, jak twierdzi, nie wyobraża sobie
życia bez nas. Boję się go skrzywdzić odejściem, ale prawda jest
taka, że krzywdzę go na każdym kroku, lekceważę go, poniżam, traktuje
jak śmiecia. Wiele razy mówiłam mu, że już go chyba nie kocham,
żebyśmy się rozstali, żeby znalazł sobie inną, a on jakby kompletnie
nie rozumie o co mi chodzi i twierdzi, że przecież wszystko jest w
porządku, kocha mnie i w życiu by mnie nie zostawił.
Jestem strasznie nieszczęśliwa... wiem, że powinnam odejść, ale jest
mi tak strasznie ciężko. Bądź co bądź spędziłam z nim prawie 1/3
mojego życia i jest mi naprawdę bliską osobą. Pojawił się w moim
życiu kiedy byłam ciężko chora i przez wiele lat bardzo mnie w mojej
walce o wyzdrowienie wspierał. Od początku wiedziałam, że to nie jest
facet dla mnie, już po paru miesiącach bycia razem chciałam od niego
odejść podając te same powodu, które przytoczyłam wyżej i co? wciąż
jestem z nim... nie wiem jak to się stało... Płakać się chce....