Witajcie!
Piszę sprowokowana przemyśleniami po niedawnym spotkaniu z
dzieciatymi przyjaciółmi. Przemyślenia dotyczą denerwującej mnie mody
na dostosowywanie dziecka do potrzeb rodziców.
BARDZO NIEDOBREJ I EGOISTYCZNEJ MODY, dodam bardzo mocno,
zniesmaczona swoimi obserwacjami.
Zapanował obowiązujący trend 'życia aktywnego' i 'aktywnego
rodzicielstwa'. Co on oznacza?
Że współczesna mama nie siedzi już zamknięta z dzieckiem w domu,
zyskała prawo do 'realizacji własnych potrzeb' i bycia 'szczęśliwą,
zrealizowaną zawodowo kobietą' zamiast skoncentrowaną na dziecku
Matką Polką. Zapanował przymmus utrzymania dotychczasowej aktywności
'dla dobra mamy i dziecka', mimo diametralnej zmiany sytuacji
życiowej.
Sporo rodziców uważa obecnie, że ' nie można zamykać się dla świata i
koncentrować tylko na dziecku' oraz 'przecież dziecko nie może nas
zdominować'. Panuje tendencja do 'oswajania dziecka z otoczeniem',
która polega na zabieraniu nieraz bardzo malutkich dzieci w ruchliwe,
pełne ludzi miejsca (galeria handlowa, koncerty, tłumne spotkania
towarzyskie) lub dalekie podróże (Egipt, Tunezja) - ludzie usiłują
przyzwyczaić dzieciaka do takiego funkcjonowania, by rodzice mogli
się spokojnie zabawić, zażyć rozrywki, oderwać się od spraw jedynie
niemowlęcych. Wprawdzie dziecka ma się również czasem dosyć, ale to
dążenie do dopasowania dziecka do niczym nie ograniczonego trybu
życia rodziców jest dla mnie strasznie niedojrzałe!
Dla mnie dziecko ogranicza dotychczasową swobodę i to bardzo. To w
mnie naturalne, bo centrum świata zaczyna zajmować człowiek, który ma
potrzeby kompletnie inne od mojego dotychczasowego stylu życia.
Dziecko ma prawo nie żyć tak szybko jak my z mężem i nie uczestniczyć
w lubianych przez nas intensywnych rozrywkach tego świata.
Przyjmuję to i zamierzam dostosować tryb życia do potrzeb malucha, a
nie odwrotnie.
W tej modzie na 'ciekawego świata, odważnego, oswojonego z ludźmi,
stymulowanego bodźcami malucha' nie ma tylko jednego: właśnie dziecka
z jego potrzebami. Są za to rodzice - wszechobecni, podpierający się
argumentami rodem z kolorowych pism, TV i wypowiedzi 'znanych i
lubianych', że dziecko nie może zakładać nam klepek na oczy ani
kajdanów.
A dlaczego dziecko nie może mieć potrzeb niezgodnych ze stylem życia
rodziców?
No po prostu mnie roznosi, kiedy widzę, jak dzieciątka znajomych są
męczone w imię 'aktywnego trybu życia rodziców'.
Jest np. coweekendowe wożenie kilkmiesięczniaka po galeriach
handlowych (zaznaczam - dla zabicia nudy, nie dla zarobienia po
prostu zakupów!), jeżdżenie z nim po całej Polsce niemal co drugi
weekend. 'No bo co się w końcu dziecku stanie? Nic przecież. Oswoi
się.' No nic się nie stanie, oprócz dezorientacji, zmęczenia
nadmiarem bodźców i przeraźliwego płaczu. Dziecko mówi 'mamo, tato -
ja nie chcę', ale nie ma prawa głosu, bo prawo głosu mają głównie
potrzeby rodziców.
Z niesmakiem obserwuje jak na spotkaniach towarzyskich rodzice
zmęczonego i marudnego niemowlaka, po kilku godzinach spotkania nie
wybierają się o 19.00, 20.00 do domu z uwagi na maluszka - o nie!
Jest próba usypiania dziecka w łóżku gospodarzy i rozczarowanie, że
maluch nie chce spać. W końcu zmęczony pada, a po godzinie zapłakany,
spocony i totalnie rozbity się budzi z płaczem protestu. I co wtedy?
No jak to co - przecież nie damy się zdominować - spróbujemy go
jeszcze a trochę uśpić. Szlag mnie wtedy trafia.
Zostanę mamą za ok. m-c i zamierzam po prostu szanować potrzeby
dziecka. Okazuje się to być mocno napiętnowane przez znajomych, mąż
jest buntowany. No w końcu moje podejście grozi, że mocno wypadniemy
z aktywnej wesołej paczki.
Bez bólu serca odsuwam moją potrzebę szaleństwa na windsurfingu,
zagranicznych wojaży i realizacji swoich zawodowych pasji i uznaję,
że mój maluch jest teraz najważniejszy. I jako malutkie dziecko, ma
po prostu prawo do zdrowego i regularnego trybu życia, do
oszczędzenia mu tysiąca wyjazdowych bodźców co weekend, do obecności
mamy i taty. No przecież nas nie ubędzie, jeśli nacieszymy się
rodzicielstwem.
Bawią mnie 'umoralniające gadki' znajomych:
Nie mów, że jak mały będzie miał 6 tygodni, to nie pojedziecie do
nowego domu X (300km) na parapetówę. My zabraliśmy tygodniowe
niemowlę nad morze 200km, przecież nie można się zamknąć w domu, nie
te czasy!
Ale czemu ty mówisz, że nie będziecie jeździć jak dotychczas na
weekendowe wypady. Nie jeden zorganizujemy, nie martw się - przecież
dziecko nie zamknie was w domu, nie szalej!
No co ty mówisz, że będzie dobrze jak w ogóle gdziekolwiek się
wybierzecie w pierwszym okresie! My się wybieraliśmy jak mała miała 2
m-ce i nic się jej nie stało. Nie panikuj, nie możesz dać się tak
zdominować.
Jestem w końcówce ciąży i słabo mi się robi, kiedy aktywni rodzice
usiłują mnie naprostować.
A może zamiast pseudoargumentów o prawie rodzica do samorealizacji, o
konieczności aktywności, o potrzebie stymulacji rozwoju dziecka bla
bla bla, ci rodzice mieli odwagę powiedzieć głośno:
UWAŻAMY, ŻE DZIECKO NIE MOŻE NAM W NICZYM PRZESZKADZAĆ,
WIĘC MA SIĘ DOSTOSOWAĆ DO NASZYCH POTRZEB.

No ale to już jest już niepolityczne, prawda?
Spotykacie się z takimi rodzicami?
A może sami nimi jesteście? jeśli tak, to czego się obawiacie - jaką
część 'swobody życiowej' zabiera Wam Wasze dziecko?
Failte