margosia.kr
14.08.10, 23:44
Witajcie,
temat długi, ale postaram się jak najkrócej oddać rzeczywistość.
Trzy lata bratowa wyrzuciła brata z domu. Małżeństwem byli 18 lat. Uważam, że
słusznie. Nie pracował, ani nie wykazywał woli podjęcia pracy, do tego
przejawiał agresję psychiczną i fizyczną. Po jednej z takich akcji otworzyła
mu drzwi, a on wyszedł. Zjawił się u rodziców, dostał klucze do mieszkania po
zmarłej babci, pieniążki i zaczął sobie tam bytować. Bratowa prosiła o powrót,
co uważam za wielkie nieporozumienie, ale tłumaczę sobie, że w domu troje
dzieci, a do tego toksyczne przywiązanie do "kata", więc tak się zachowała i
już. On oczywiście się wypiął i po krótkim czasie okazało się, że jest pani
pocieszycielka. Ktoś, kogo znał i bajerował przed samym ślubem. Mężatka ( nie
żyjąca z mężem) z 8 -letnią córką.
Stanęłam murem za moją bratową i dziećmi ponosząc wszelkie tego konsekwencje
tzn. pretensje rodziców, ich odsunięcie od siebie, brak zrozumienia, izolację
od moich dzieci. Nie mogłam postąpić inaczej, bo wiem, że mój brat nie był
dobrym mężem, a i do dobrego syna też mu trochę brakuje. Zazwyczaj zjawiał się
wtedy, gdy potrzebował pieniążków. Po roku czasu okazało się, że pani jest w
ciąży, co oczywiście było ukrywane, by nie dotarło do bratowej (sprawa
rozwodowa w toku), wprowadziła się z córką do mieszkania po babci, którego rok
wcześniej mi odmówiono. Były rozmowy, by je sprzedać i dać mi pieniążki, bym
dołożyła i kupiła większe mieszkanie. Nie doszło do tego, nie miałam o to
żalu, bo uważałam, że rodzice mają prawo tak zadecydować. Były luźne
deklaracje, że będzie dla mojego syna (najstarszy wnuk). Mieszkanie stało
puste aż do owego wieczoru, gdy zjawił się syn z walizką. Rodzice wspomagali i
wspomagają go finansowo, on nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań wobec
trójki dzieci, właściwie porzucił je. Zachłyśnięty tworzeniem nowej rodziny
przy aprobacie rodziców, którzy bardzo szybko zapomnieli ile wsparcia
dostawali od bratowej w różnych, trudnych sytuacjach. Bez słowa protestu
przystali na wprowadzeniu się pani do mieszkania, nie było ani jednego słowa
sprzeciwu, że jak syn 44 lata układa od nowa życie, to najpierw niech na to
zarobi, niech wywiązuje się ze swoich obowiązków itd. Wychowałam się w tym
mieszkaniu od pierwszych dni życia i z żalem przyjmuję, że panoszy się tam
pani, dla której fakt, że facet ma żonę, troje dzieci nie stanowił problemu,
gdy się skumali przez Naszą Klasę. Mam do rodziców wielki żal, że tak szybko
temu przyklasnęli, że tak łatwo przyjęli rozwalenie rodziny.
Mam żal również o to, że pokarali mnie, za stanie po stronie prawdy i krzywdy
słabszych. Powiedziałam, że nie wyobrażam sobie, bym mogła do nich przychodzić
mając świadomość, że bywa u nich ta kobieta. Nie zawalczyli o mnie, nie
powiedzieli, że jestem dla nich ważniejsza. A czekałam na to, bo uważam, że
całym swoim życiem i postawą do rodziców zasłużyłam na te słowa. Zawsze przy
nich trwałam, byłam na każdy telefon, załatwiałam każdą sprawę, przywoziłam
obiadki i robiłam to wszystko z przyjemnością. Czara goryczy przelała się, gdy
w grudniu mama znalazła się w szpitalu. Pracuje w nim również bratowa, która
odwiedzała mamę, a po operacji zadbała nawet o higienę intymną własnoręcznie
ją myjąc. A wszystko to zbiegło się z Mikołajkami z okazji których nowa pani
dostała paczę, a synowa wielkie NIC. Mimo konfliktowej sytuacji jeździłam do
szpitala codziennie, starałam się być w miarę miła i pomocna, po wyjściu
jeździłam do domu, robiłam zastrzyki. Dzień przed sylwestrem włamano się nam
do mieszkania, co było do ukradzenia ukradziono. Moi rodzice nawet nie
zapytali, czy mi pomóc, czy mam na chleb i mleko dla dzieci. Czekając na
policję spędziliśmy sześć godzin na powierzchni dwóch metrów (nie wolno
zacierać śladów) przy otwartym oknie i - 15 na polu. Obcy ludzie oferowali
nocleg dla dzieci, a od rodziców nie było ani jednego telefonu, ze strony mamy
do dnia dzisiejszego nie padło ani jedno pytanie.
Siedząc wtedy na tym dywanie, w tym zdemolowanym mieszkaniu i patrząc na stan
w jakim było moje młodsze dziecko, na łzy starszego (17-latka) coś we mnie
pękło. Za prawdę, za potępienie zła stałam się dla nich wrogiem. Wtedy, w
tamtym dniu stało mi się obojętne jak potoczy się życie moich rodziców, co
będą robić, a czego nie. Może kiedyś to się zmieni, ale nie w najbliższym
czasie. Niech teraz syn o nich zadba. Problem stanowi fakt, iż razem
pracujemy, ale od września mam szansę na nową pracę, więc może się uwolnię.
Czego bardzo pragnę.
Przepraszam, że tak długo, ale musiałam się wygadać.
Pozdrawiam,
Małgosia