d.o.s.i.a
11.10.10, 10:14
Scena rodzajowa z lotniska. Przede mna para mlodych ludz i i ich, tak na oko, dwuletnia, coreczka. Dziecko, jak to dziecko. Tu pojdzie, tam zajrzy, cos smiesznego powie. OK. Przysluchuje sie, bo dialogi dosc ciekawe leca: a co sie mowi? Poprosze. No sliiiiiicznie. A wiesz, ze zaraz bedziemy wsiadac do samolooooootu. A wiesz co to samolot? Samolot to taki pojazd i poleciiiiiimy do domuuuuu. A tu jest Twoj paaaaaszport. Paszport to jest taki dokument, w ktorym jest Twoje zdjecie i wtedy Pan wie, ze Ty to TY. A co sie mowi jak sie daje paszport? Prosze. No sliiiiiiicznie.
OK. Sobie mysle, mamusia objasnia swiat dziecku. I przeszlabym nad tym do porzadku dziennego, gdyby nie to, ze pol godziny potem mialam juz ochote mamusie udusic. Bo jej sie jadaczka po prostu nie zamykala! Ona gadala tak non stop, w dodatku glosno tak, ze wszyscy w pewnym momencie sie juz ogladali. W samolocie nawet ryk silnikow jej nie zagluszal. WSZYSTKO musialo byc objasnione dziecku. Ze wirnik w silniku sie kreci, coraz wolniej, coraz wolniej, coooraz wooolniej, coooooraaaaazzzz woooooolniej, ooooo juz prawie, aaaa jeszcze nie, i jeszcze raz, i jeszcze, ooooooo, zatrzymal sie. Wiesz, on sie tak kreci, zeby samolot mogl lecic, a teraz juz sie zatrzymal, bo wyladowalismy...
Do tego wkurzajacy wysoki tembr glosu i zakonczanie kazdego zdania pytajnikiem "wiesz?".
Wiem, jestem przeczulona, ale tak naprawde to wspolczulam dziecku. Ja tego sluchalam tak okolo 2 godzin, a ono ta gdaczaca matke ma 24/7...