czarka77
10.02.11, 15:55
Mam małą placówkę edukacyjną. Wczoraj na zajęcia dla przedszkolaków przyszła babcia z wnuczką. Wizyta zapowiedziana w rozmowie telefonicznej (moja zgoda). Babcia mówiła, że dziecko jest nieznacznie upośledzone, ma 10 lat, ale jest na poziomie przedszkolaka, fizycznie niemal się nie odróżnia, a ma potrzebę kontaktu z dziećmi i z muzyką (to miały gwarantować zajęcia u nas). Gdy babcia przyprowadziła wnuczkę, zdębiałam. Dziecko ma ok. 150 wzrostu, chodzi (z pomocą innej osoby), jest niekontaktowe, niekomunikatywne (w ogóle nie mówi, nie reaguje na mowę, gesty, nic), bez przerwy leciała mu ślina z ust, wyciągało do każdego ręce i usiłowało się przytulać (uścisk bardzo mocny, wręcz kładła się na nas). W grupie dziewczynki 4-6 letnie, filigranowe. O wizycie niezwykłego gościa byli wcześniej poinformowani rodzice dzieci i prowadząca, zajęcia się udały (na szczęście babcia towarzyszyła wnuczce non stop), ale już w ich trakcie podjęłam decyzję, że dziecko nie powinno w nich więcej uczestniczyć - zajęcia są celowe, mają czegoś uczyć, pod kątem tego jednego uczestnika trzeba je zupełnie zmieniać, dzieci wyglądały na lekko przestraszone, a poza tym były dwa razy mniejsze od nowego uczestnika. Najdelikatniej jak mogłam po zajęciach przekazałam babci, że nie podejmiemy się tego wyzwania, aby jej wnuczka była naszym stałym gościem na zajęciach, że proponujemy indywidualne zajęcia z muzyką, że te są pomyślane jako forma edukacji muzycznej dla przedszkolaków i nie będzie można ich realizować tak jak dotąd. Babcia się strasznie obraziła, stwierdziła ze łzami w oczach, że jesteśmy (ja, czyli właścicielka interesu, i prowadząca) nietolerancyjne i okropne, że jej wnuczka lgnie do dziewczynek, i nie potrzebują żadnych indywidualnych spotkań tylko integracji, po czym wyszła obrażona.
Smutno mi, bo w zasadzie nie mam wyrzutów sumienia. Czuję ulgę.
Jestem potworem?