kocianna
26.04.11, 14:24
Kiedy ktoś pyta, co ma kupić mojemu dziecku w prezencie, zwykle proszę o książki. Dzięki temu poznałyśmy m.in. wspaniałą serię o Panu Kuleczce. Zaznaczam, że to raczej nie ma być Disney. Ale często dostajemy pięknie wydane, nieźle ilustrowane - straszne gnioty. Rozumiem, że darczyńca, często bezdzietny, nie ma ochoty stać w księgarni i CZYTAĆ to, co kupuje dla przedszkolaka. Ale KTO to, u diabła, wydaje i sprzedaje?
Beznadziejne przekłady (bez nazwiska tłumacza - może mu kazali zbeszcześcić tekst, kasę wziął, bo potrzebował, ale podpisać się nie chciał?), błędy ortogtaficzne, niechlujna edycja tekstu - rozumiem, tego na pierwszy rzut oka nie widać.
Ale jakim cudem na rynek trafiają skrócone, uproszczone, okaleczone wersje - a to pięknych baśni Andersena czy Perraulta, a to Plastusiowego pamiętnika, a to Robinsona Kruzoe czy Robina Hooda. Jak można Podróże Guliwera sprowadzić do 5 kartek B5, czcionka 16, ilustracje na pół strony, i sprzedawać to jako "opowiadania dla chłopców"?
Jak my mamy na takiej "literaturze" wychowywać nasze dzieci, wyrabiać im styl i wyczucie językowe?