sarah.connor
04.07.11, 15:17
Małżeństwo z kilkunastoletnim stażem, dwoje nastoletnich dzieci. Klasa średnia, dom na kredyt (walutowy, który aktualnie przekracza wartość domu, niestety). Oboje pracują, rewelacji finansowych nie ma, ale spokojnie starcza na normalne życie i wyjazd na fajne zagraniczne wakacje raz w roku. Mąż od czasu do czasu łapie dodatkową pracę, więc pieniądze na przyjemności są.
Jakoś tak się utarło, że finansami, płaceniem rachunków, zakupami zajmuje się mąż. Jeżeli jadą na zakupy razem, to i tak on płaci ze wzpólnego konta. No sielanka i stabilizacja finansowa.Przynajmniej taki obraz rodziny został przedstawiony żonie.
A teraz fakty:
Kilka lat temu sprzedali mieszkanie, żeby kupić dom i zostało kilkadziesiąt tysięcy. Zdecydowali o pozostawieniu ich na oprocentowanym koncie, żeby mieć "na czarną godzinę".
No i okzało się ostanio, że przez ostatnie kilka lat często brakowało do przysłowiowego pierwszego (czyli wydawali więcej niż mieli. Wystarczyło ukrócić wydatki na przyjemności), więc pan sięgał do oszczędności. Kilkadziesiąt tysięcy zostało wydane na życie, kino, teatr, wyjazdy itd.
Żona ma żal do siebie, że zaufała mężowi i przez ostatnie lata nie zajmowała się finansami; nie miała takiej potrzeby. Ma też żal do męża, bo wielokrotnie ją zapewniał, że oszczędności sobie leżą spokojnie i procentują. Nawet niedawno wspólnie zastanawiali się, czy ewentualnie ich nie zainwestować w coś.
Pani chciała męża wykopać z domu, przynajmniej na jakiś czas - ale on zapowiedział, że się nie da. Sprzedać domu nie można, nie w tej sytuacji walutowej. Na wynajęcie mieszkania + utzymanie siebie i dzieci nie za bardzo ją stać. Poza tym kocha drania, ale zdaje sobie sprawę że jest nieodpowiedzialnym kłamcą. Poza tym to chyba jest okradzenie własnej rodziny; nawet jeżeli rzeczywiście pieniądze szły na dokładanie do przyjemności czy wyjazdów, to chyba żona miała prawo wiedzieć, jakim kosztem to się odbywa.
Starałam się być jak najbardziej obiektywna i napisać bez emocji, dlatego wszystko jest w 3 osobie. Ale żona to ja, niestety.