Chodzę na terapię z powodu napadów lęku. Tzn. byłam dopiero drugi raz.
Psycholożka chce dojść do przyczyn tego lęku. Niestety, musiałam opowiedzieć trochę o moim dzieciństwie, które nie było sielskie. I usłyszałam, że bardzo rozumowo i na zimno to przedstawiłam, że mam gdzieś głęboko schowane emocje i że naszym zadaniem będzie te emocje uwolnić. Ja to odebrałam jako komplement

bo zawsze uważałam się za osobę właśnie zbyt emocjonalną, przecież wszędzie się słyszy, że człowiek powinien panować nad swoimi emocjami, nawet na ematce, czyż nie? A poza tym, ja chyba nie chcę tego aż tak rozdrapywać, żeby beczeć przed tą psycholożką, no jakoś mi głupio

I jeszcze jedno: biorę antydepresnaty, nie wiem czy one też na mnie w ten sposób nie zadziałały, bo prawdę mówiąc sama się dziwiłam temu mojemu chłodowi wtedy.
CZy terapia musi zawsze polegać na płakaniu i rozdrapywaniu ran?