No nie mogę sobie od kilku dni poradzić z apetytem. I nie chodzi o to, że za dużo jem, albo bez przerwy jem, albo za mało jem, albo nie jem wcale.
Chodzi o to, że mam na coś przysłowiowego smaka, ale za cho lerę nie wiem, na co!

Nurkuję co i rusz w lodówce, przeglądam wszystko, oglądam, wącham, czasem coś skubnę, ale to nie to.. Ale nie mam pojęcia co

Ani na słodkie, ani na gorzkie, ani na kwaśne, na mdłe też nie, na mieszanki również.
Zjem cukierka - mdli mnie, dorwałam się do winogron, trzy pogryzłam, resztę odłożyłam, jabłko na mój widok kolców dostało, jajka jem, ale ja je zawsze jem. To samo z warzywami, mięsem cz wędlinami. Nawet za dania wege moich dziewczyn się wzięłam, ale to zupełnie nie dla mnie.. I tak mantykuję w domu i tak wiecie, te myśli takie mam:
tak bym coś zjadła.. dobrego.. ale, ku... mać! nie wiem co!

Nie wiem, cz to zima tak na mnie działa? Tylko znowu jaka tu zima?

Poza tm, że szybciej się robi ciemno, to ja ŻADNEJ zim nie widzę

Boję się, że w końcu zepsuję tę lodówkę od tego ciągłego zaglądania do niej..
Też tak macie czasem? Jak sobie radzicie? Jecie wszystko, co pod rękę podejdzie? Czy głodzicie się świadomie? (ja z tym głodzeniem mam zdecydowany kłopot, burczenie w brzuchu mnie zwyczajnie budzi

)