Nie wiem czy to jest rozwiązywalne

Czytałam po łebkach wątek o zaginionych butach z szafki trochę włos się jeżył.
Teraz nasza sprawa, hu, hu!
Starszy syn jest w zerówce (5 i 6 latki wybełtane).
Właściwie od początku roku jest wśród dzieci problem zabierania sobie różnych rzeczy - flamastrów, kart z piłkarzami, nożyczek itd.
Kilka razy dziecko wróciło z żalem, że ten czy tamten mu coś zabrał i powiedział, że nie odda.
Jakiś czas temu mama kolegi z klasy zwróciła się do mnie, że mój syn ma kilka kart piłkarskich jej syna. Mój twierdził, że to nieprawda, ale dostał pogadankę o niezabieraniu cudzych rzeczy (mowa trawa, bo on już dawno o tym wie, w końcu ma rodzeństwo). Temat kart ucichł. Ale teraz mój dostał czarną kropkę, bo nie miał flamastrów (przecież ich nie zjadł), bo zabrał je inny chłopiec. Docisnelam dzieciaka swojego i okazało się, że tam w grupie jest taki zbójecki proceder zabierania sobie rzeczy. Nie wybielam swojego dziecka, zakładam, że też coś komuś zabrał (do domu nie przynosi jednak obcych rzeczy). Na zadanie "nie zabieraj innym" odpowada "muszę zabrać, bo on mi zabrał i wtedy mi nie odda".
Bylam u tej mojej ulubionej pani i pani orzekła, że to są takie drobiazgi, że ona nie jest w stanie dociekać kto co komu i sobie odpuszcza. Poprosiłam więc o anulowanie tej czarnej kropki (ktora "zjada" 3 czerwone-dobre, uuuuuhhhhh

) - i pani anulowała.
Czy w ogóle da się nad tym zapanować?
A może odpuścić i pozwolić na te stadne rozgrywki, dopóki nie zaczną znikać bardziej wartściowe rzeczy?