No właśnie.
Jestem mężatką z kilkuletnim stażem, z mężem jestem od 10 lat, mamy małe dziecko. Mieszkam w niewielkim mieście, na tym samym osiedlu co moi teściowie. Generalnie do oczu sobie nie skaczemy, teściowa jest pomocna, zaopiekuje się dzieckiem jak trzeba, tutaj naprawdę narzekać nie mogę, babcią jest dobrą.
Nie zgadzamy się ze sobą w kwestiach religijnych. Jestem niewierząca, a ona dość fanatyczna katoliczka, ale nie spod znaku RM. Bardzo, bardzo wierząca, podobnie jak teść (oni z jednej wsi, jeden światopogląd). Staram się być zawsze osobą tolerancyjną, ale bez wchodzenia sobie na głowę. Z jednym zgrzytem (kłótnią) na samym początku z nią (właśnie kwestie religijne) teściowa za bardzo nie mieszała się do mojego światopoglądu, choć wiedziałam, że jej przeszkadza moja niewiara, to, że nie chodzę do kościoła. Ja nigdy się do jej religijności nie mieszałam, nie moja sprawa. My z mężem mamy ślub cywilny, ale dziecko ochrzczone, choć na chrzcie mi się dostało od księdza, który wyczytał moje "przewiny" spisane podczas kolędy na rok przed chrztem. Przeżyłam to, choć czułam się podle, jakbym dała się zeszmacić. Nie chcę się rozpisywać, chciałam opisać tło "wydarzeń".
Była niedawno kłótnia z teściową. Bo ja w tym roku nie przyjęłam po kolędzie tego księdza, który "spisał mnie" podczas feralnej kolędy. No po prostu nie będę tolerować religijnego SB u siebie. Teściowa mnie z*ebała, przez telefon. Poszłam z nią porozmawiać, chciałam spokojnie wyjaśnić, że do pewnych rzeczy mam prawo, że nie może się w pewne rzeczy wtrącać, naprawdę, tak na spokojnie. Sęk w tym, że usłyszałam dużo niemiłych rzeczy, że jestem "taka i owaka", no i histeryczny tekst, przy mówieniu o nie wtrącaniu się, że "to jest jej chrześcijański obowiązek". Ogólnie krzyk i płacz, religijna histeria, pozy na uciskaną chrześcijankę i wywalanie mnie za drzwi. Jak to mówią gimnazjaliści - ZONK...
Nie dałam się wywalić, pogodziłyśmy się w końcu, ale tylko dlatego, że ja tego chciałam, że przywołałam na pomoc całą cierpliwość świata, takt i dyplomację - nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale udało mi się z trudem opanować tę kłótnię.
Niby doprowadziłam do tego, że się pogodziłyśmy, ale...
Nie rozmawiałam z nią od kilku dni, nie mam ochoty jej widywać ani z nią rozmawiać. Niby zawsze wiedziałam, że ta moja niewiara jest nieakceptowana, ale jakoś ten temat nie wypływał. Teraz sama nie wiem za bardzo jak postępować. Wroga z teściowej robić nie chcę, szczególnie, że nie raz i nie dwa będziemy potrzebować pomocy przy dziecku, będą różne rodzinne okazje, imieniny, etc. Wiem, że teściowa nigdy nie pogodzi się z moim ateizmem, i dotrzeć do niej w tym temacie rozumnie też nie sposób. W kościele cały czas wlewają jej jad do głowy, nie mam złudzeń, widziałam podczas chrztu głupotę i absolutny brak szacunku i tolerancji dla inności księży z pobliskiego kościoła, do którego teściowie chodzą kilka razy w tygodniu. Wiem, że jakakolwiek rozmowa dotykająca tematów ich religijności będzie pewnie w ich odczuciu ateistycznym atakiem na ich wiarę - choć kto tu jest uciskany za poglądy to raczej widać...
Na męża w tej kwestii liczyć nie mogę - choć go kocham, to wiem, że z niego taka "ciepłe kluski", wrażliwiec, jest takim trochę maminsynkiem, nie postawi się jej, a ja nie rozwiodę się przecież kurna z powodu głupiej teściowej, no i mój mąż to dobry ojciec, odpowiedzialny człowiek.
W zasadzie to nie liczę na jakieś cudowne rady jak postępować z teściową, bo to pewnie wszystko wyjdzie jakoś, trochę się może poobrażam, zarzucę focha czy cuś, potrzymam na dystans, a wiem opd męża, że babę sumienie gryzie, i to nieźle. I będę dalej robić swoje, jak zawsze. Ale gdybyście mogły napisać ematki, jak w waszych rodzinach się takie sprawy rozwiązuje, jak to wygląda na przestrzeni lat, takie niesnaski światopoglądowe, jak się układa z teściową po takich kłótniach, to poczuję, że mam jakieś wsparcie
*Przepraszam, że się rozpisałam - dla tych, którzy lubią streszczenia w 3 zdaniach