Nawiązując do zbiegłej sowy...
Co zdarzyło wam się w jednej chwili mieć w ręku, a w drugiej - odłożyć i już nie znaleźć? Po jakim czasie się zorientowałyście, że coś nie tak?
Mój najlepszy numer to zgubienie ulubionego zegarka. Miałam go, odkąd skończyłam sześć lat - nosiłam całą podstawówkę i jedną klasę gimnazjum. Potem przepadł. W nowym roku wbijam się w kieckę, chcę wziąć zegarek z półki, gdzie zawsze leżał - ni ma. Całe wakacje nie załapałam, że go brakuje. Przeżyłam strasznie

Znalazł się trzy lata później razem ze świeżym (

) strojem na wf - w porzuconej na szczycie szafy torebce z Czarodziejką. Aktualnie... w sumie, znowu nie wiem, gdzie jest. Powinien być w którejś szufladzie i mieć zasłużoną emeryturę
Zagubione ołówki, gumki, temperówki i klucze się nie liczą - one mają podły zwyczaj wpadać w miniaturowe czarne dziury

Idzie raczej o coś, o czym byłyście (lub jesteście) pewne, że odłożyłyście na miejsce/w przybliżeniu mogłybyście podać współrzędne, które okazałyby się błędne.