Zaczęło się od tego, że pani, u której zamówiłam torta do pracy nie miała pudełka i proponowała mi przewiezienie tego cholerstwa w czymś w rodzaju pokrywki od pudełka do butów (autobusem) - więc zwyczajnie odmówiłam przyjęcia torta
potem już poszło lawinowo
jak głosi prawo Murphy'ego - jak ma coś pójść dobrze, to na pewno pójdzie źle; jak ma coś pójść źle - to źle pójdzie na 100 procent
i tu też tak było
w pracy dupnęło się na całego - z przyczyn zupełnie niezależnych od nikogo
wracałam do domu użalając się nad sobą i łykając (w autobusie) napływające do oczu łzy
dzień zakończyłam dzwoniąc do dzieci (które były na wycieczce), że zapomniałam klucza do domu

tak więc umościłam dupsko na prywatnej kanapie dopiero w okolicach 19
przebije mnie ktoś w konkurencji "najbardziej przewalone urodziny"?