Dziś zaliczyłam ostatnią lekcję wf-u w życiu. Koszmar ciągnący się od przedszkola w końcu się skończył.
Nigdy już nie złapią mnie duszności w durnym biegu na 600 metrów. Nigdy cała klasa nie będzie się śmiać, bo nie udaje mi się podciągnąć na drążku albo skoczyć na wyżej niż minimalną wysokość drążka (umiem wyżej, ale podobno sposób, w jaki to robię, jest niedozwolony). Nigdy już nie zostanę ostatnia przy wybieraniu, jak jakiś odpad chemiczny. Nigdy już piętnaście osób nie wsiądzie na mnie, bo nie umiem odbić durnej piłki, lecącej w moją stronę niczym meteoryt na Czelabińsk. W ogóle, przed całym forum i wszystkimi ematkami, nawet przed tobą, Gazeciarz! przysięgam, że dołożę wszelkich starań, żeby już nigdy cholernej piłki do siatkówki nie dotknąć. Ani jednej łzy przez to wylanej więcej.
Tak, nienawidziłam wf-u od czasu, gdy był jeszcze rytmiką. To daje całkiem niezły wynik - czternaście i pół roku wzajemnej nienawiści. Nawet matematyka była niżej na czarnej liście. Oczko wyżej była co prawda chemia, ale wf wygrywa stażem.
Napijcie się ze mną za moje wyzwolenie!
...a tak w ogóle, to nie mam i nie zanosi się żebym w najbliższym czasie miała nadwagę i bardzo lubię pływać - dopóki ktoś mnie nie zmusza do skoku na główkę - oraz jeździć na rowerze

I jak się zepnę, to nawet biegam. Tak sportowo, nie do autobusu. O właśnie, ostatnio dogoniłam autobus na całkiem sporym dystansie! Nie jest więc ze mną źle. Po prostu nienawidzę wf-u