No, to przyszła kolej na mnie... Mogę śmiało zaliczyć się do grona samotnych matek.
W skrócie przypomnę o sobie: cudzoziemka, mieszkająca w Polsce od 10 lat. Pracuję. Syn 3 lata.
Mąż od ponad dwóch lat w delegacji.
Wszystko zaczęło się psuć powoli, ale taki koniec był do przewidzenia. Mąż to "europejski" typ faceta. Żyć na luzie i niczym się nie przejmować. Ma bardzo dobrą, aczkolwiek stresująca pracę. Dobrze zarabia. Ja pracuję, zajmuję się dzieckiem (baardzo chorowitym), domem, rachunkami itd. Mąż nie płaci rachunków, niczego nie załatwia, bo UWAGA! pracuje

Głupia jestem, bo przejęłam wszystkie obowiązki, poszłam do pracy, żeby nie być w jego oczach kurą domowa, tylko kobietą dążąca do czegoś.
Najpierw dzwonił 100 razy dziennie, telefon, skype. Potem co raz rzadziej. A już od dwóch tygodni wcale... Żyje, bo daje jakieś tam oznaki życia- telefon kilka dni temu, ale to tylko dla tego, że młody jest teraz bardzo chory.
Załatwiam wszystkie bieżące sprawy związane z jego córką (ciągły kontakt z byłą żoną, która uważa, że do moich obowiązków należy zmuszanie męża do kontaktu z córką). Jednym słowem wszystko jest na mojej głowie, on tylko pracuje i się rozwija. Dodam, że delegacji też nie rozlicza, ponieważ nie ma czasu. A to jest naprawdę spora kwota. Po moich naciskach ostatnio trochę rozliczył, ale to było 6 miesięcy ciśnienia z mojej strony.
No i się nie odzywa od dwóch tygodni, pisałam mu, że jak się nie odezwie, uważam nasz związek za zakończony. Nie odezwał się. Napisał coś w stylu, że się pogubił biedaczek.
Co ja mam teraz zrobić? Najgorsze jest to, że on miewał już takie jazdy, ale mu po kilku dniach przechodziło, a teraz to chyba już koniec. Poza tym, ja nie wiem czy chcę być z facetem, który tak może mnie zostawić samą z naszymi problemami. Naprawdę ciężko jest się utrzymać w pracy ciągle chodząc na zwolnienia. Sama tu się nie utrzymam, nawet jak będzie płacił alimenty (w co wątpię, bo byłej żonie ja płacę, on ciągle zapomina). Nie mam tu rodziny, ani znajomych, poza jedną koleżanką (mieszkam w tym mieście od urodzenia syna). Do domu bardzo chciałabym wrócić, ale się boję, że sobie nie poradzę (znajomi mi odradzają, ale znajomi myślą, że tu w Europie jest raj na ziemi

).
Nie wiem, po co to piszę...Może wy coś mądrego doradzicie?
Aha, dodam,że komórka ciągle schowana. Na moją propozycję przeprowadzko tam do niego, mówił: Jasne, ale nie ma sensu,żebyś rezygnowała z dobrej pracy, wytrzymaj do listopada, aż wrócę (już nie wraca w tym roku). Tam nie ma czego robić itd.