wyznawczyni_wielkiego_czerwia
01.01.14, 15:04
Żalę się (lub chwalę), ale pytam serio.
Tak się zastanawiam po co ślub.
Mówimy o osobie ateistyczno-agnostyczno-w jakieś tam siły natury czy wielkiego czerwia wierzącej zależnie od dnia (bo w przypadku katolika to wiadomo); o osobie, która jest niezależna finansowo i nie zamierza mieć dzieci, a nawet jeśli kiedyś zmieni zdanie, to nie zamierza uzależniać się finansowo od drugiej osoby.
Narzeczeni posiadają (każde z osobna) jakiś odziedziczony majątek (nieruchomości, ziemia), swój własny wypracowany (samochód, oszczędności mniejsze lub większe), poziom posiadania jest mniej więcej taki sam. Zarabiają bardzo podobnie, jedna osoba ma rzeczywiście bardziej stabilną pracę niż druga, ale druga również zbytnio nie narzeka.
Na poziomie ideologicznym ślub czy jego brak nie stanowi żadnej różnicy.
Czy w praktyce plusy (pod względem finansowym, np.możliwość wspólnego rozliczania się) przeważają minusy, np. w postaci współodpowiadania za niektóre długi, alimentację, konieczność utrzymywania drugiego małżonka w razie gdyby odniechciało mu się pracować? Wiadomo, dzisiaj jest różowo, a za parę-paręnaście lat różnie może być.
Chciałabym zapytać osoby niezależne finansowo, głównie te lepiej zarabiające.