weronka73
13.08.04, 11:19
Horror, to może jednak za duże słowo, jeśli patrzeć obiektywnie, dla mnie
jednak, która tam trafiłam był on w rzeczywistości. Pisze to dlatego, bo
pierwszy raz "udało mi się" tam trafić, ale mam powazne watpliwości, czy tak
powinno się traktować ludzi przez tamtejszy personel. Jestem w ciąży w 6
miesiącu, kilka dni temu, bez wcześniejszych symptomów obudziłam się o 5 rano
z potężnym krwotokiem (to moja pierwsza ciąża). Nie muszę nikogo przekonywac,
że o mało nie umarłam ze starchu o dziecko, obudziłam męża (ponoć nawet miałam
zmieniony głos) i w ciągu następnych trzech minut byliśmy w drodze do
szpitala. Dotarlismy na ginekologiczną Izbę Przyjęć, trochę poczekaliśmy, aż
pani obudzi się i złozy pościel z łóżka (ale to spoko, w koncu kazdy spi, jak
nic sie nie dzieje) i jak juz w koncu nas przyjęła, powiedziałam co się
dzieje. Pani na to spokojnie wyjęła plik (!) formulaży i przystąpiła do
wywiadu środowiskowego. Jasne: imię i nazwisko - rzecz świeta, ale gdy zaczęła
pytać o adresy stałe i korespondencyjne, przerwałam jej i poprosiałam o
zawołanie lekarza. Pani komletnie niezrażona kontynuowała przepytywankę.
Podniosłam głos i ponownie poprosiłam o lekarza. Nic. Wyszłam z Izby i jak
przecinak powędrowałam na oddział okrążając cały szpital, wdrapując się na
drugie pietro. Niestety, tam nikt mi nie odpowiadal, mimo, że dzwonilam
kilkakrotnie. W międzyczasie pojawił się mąż z wózkiem i powiedział, że ona
już dzwoni i zaraz lekarz tam zejdzie. Wsiadłam na wózek i pojechałam z
powrotem na izbę przyjęć do tej baby. jak mnie zobaczyła, zaczęła znowu: o
chorobach w rodzinie, nawet o tym, czy byłam w ostatnim tygodniu u
kosmetyczki, wyprosiła męża z sali. Poryczałam się, byłam już nieprzytomnie
przerażona, prosiłam, czy można posłuchać tętna dziecka. Nic. W końcu zaczęłam
krzyczeć, że jak zaraz nie zjawi się lekarz, to ją pobiję. I wiecie co?
Dopiero wtedy zadzwoniła! Ale pierwsze jej słowa brzmiały: jest tu pacjentka,
która jest bardzo arogancka, a nie, że krwawię mocno i jestem w ciąży.
Trwało to wszystko na samej izbie przyjęć, zanim zawiozła mnie do lekarza (na
ten sam oddział, gdzie już byłam wcześniej!) jakieś pół godziny! Nie wiem, czy
to norma, chyba nie. Nie wiem, czy buchalteria jest wszędzie tak samo ważna.
Całe szczęscie wszystko skończyło sie dobrze i po paru dniach (fachowej!)
opieki wróciłam do domu. Ale tej baby nie zapomnę. Mam prawdziwą ochotę na nią
naskarżyć. Co mi radzicie?
Joanna