good-wood
15.01.14, 12:26
Pisze tego posta, bo chcialam prosic o rade – jakie sa moje opcje w tym zwiazku?
Jestem z moim partnerem w zwiazku od 14 lat, mamy trojke dzieci (corki 12 i 4 lata, syna 9 lat). M. jest typem samotnika. To ten typ faceta, ktory oczekuje adoracji nie dajac zbyt wiele w zamian (nie pamieta, a raczej nie dba o urodziny, okazje – dla przykladu – w czasie trwania naszego zwiazku dostalam od niego 4 prezenty urodzinowe i raz gwiazdkowy – wszystko inne ‘zalatwiam’ sama, nigdy nie kupil dzieciom prezentu na urodziny czy gwiazdke, ale zawsze bardzo chetnie zbiera od nich podziekowania), nie pomaga w domu (i ma to na wytlumaczenie typu – odkurzylem, ale zaraz znowu bylo brudno, wiec sie zniechecilem) – po 6 miesiacach w nowym domu nie umie wlaczyc piekarnika, czy uruchomic pralki. W czasie naszego zwiazku raz (!) ugotowal obiad, pod moje dyktando – mialam zapalenie pluc i 40 stopni goraczki.
W zeszlym roku przeszlismy powazny kryzys. Poniewaz do tej pory bylo tak, ze to ja ciagle naklanialam M. do robienia czegos ‘wspolnie’ postanowilam dac mojemu partnerowi ‘wolna reke’I zobaczyc co z tego wyniknie – nie naklaniac go do spedzania czasu ze mna czy dziecmi – oczywiscie pytam go czy chce do nas dolaczyc jesli sama planuje jakies wyjscie oraz czasem luzno rzucam propozycje wspolnego spedzenia czasu, ale jesli nie chce, to robie swoje. W odpowiedzi na powyzsze jego przecietny plan dnia wygladal nastepujaco – wyjscie do pracy o 8 rano, powrot ok 21-22, czasem ze wzgledu na ilosc obowiazkow, czasem, bo po pracy szedl jeszcze na piwo z kolegami (dzieci chodza spac o 21.30, wiec czasem udawalo mu sie poczytac im przed snem, albo chwile porozmawiac), praca nad wlasnym projektem przed komputerem do oporu (1-2 nad ranem), padniecie spac. W weekend jeden dzien to jego spanie do 13-14, potem kilkugodzinna kapiel i komputer (z przerwa na wspolny obiad – aktywnosc rodzinna); drugi – komputer lub wspolne wyjscie (wyjscie srednio raz na miesiac). Czesto wyjezdza sluzbowo (w sumie w czasie ostatniego roku spedzil 3 miesiace poza domem). Dodam, ze nie mamy problemow finansowych – jego praca etatowa wystarczy by sie utrzymac. Projekty po pracy robi w ramach wlasnego rozwoju (jest informatykiem) i myslac o tym, zeby w perspektywie pracowac na wlasny rachunek (tak jest od 14 lat) – proponowalam, zeby zrezygnowal z pracy, albo przeszedl na mniejszy wymiar godzin (mamy oszczednosci wystarczajace na pol roku zycia na tym samym poziomie), i skonczyl jakis projekt w tym czasie, ale nie chce. Ja zajmuje sie domem i pracuje dorywczo – bede szukac pracy na pelen etat po wakacjach, gdy najmlodsza corka pojdzie do szkoly.
Jako dodatek do braku czasu, zdarza sie, ze M. jest stosuje przemoc psychiczna w stosunku do mnie (kazda wymiana zdan i proba przedyskutowania czegos zaczyna sie od tego, ze mnie sprowadza werbalnie do parteru – ostatnio staram sie pisac do niego maile, zamiast rozmawiac) i syna, zdarza mu sie rowniez popchnac syna, pociagnac go za ucho czy wlosy, uderzyc. Mowi, ze nie umie go kochac (mowi to mi, nie synowi), ale stara sie byc dobrym tata, na ile moze. M. sam pochodzi z domu gdzie przemoc byla na porzadku dziennym (psychiczna i fizyczna). Jego model wychowywania dzieci to tresura. Ma bardzo duze wymagania w stosunku do mnie i dzieci (poza najmlodsza corka, ktora jest jego oczkiem w glowie, wiec jesli w ogole spedza z nia czas, traktuje ja z miloscia), bardzo niskie w stosunku do siebie – ostatnio na przyklad zrobil mi afere, bo odwiesilam scierke w kuchni kolo kuchenki zamiast kolo zlewu, co jego zdaniem jest glupie, z drugiej strony sam zupelnie nie dba o porzadek. Z drugiej strony jest inteligentny, ma swietne poczucie humoru, potrafi cos zorganizowac (jesli mu sie chce) – problemy zaczynaja sie, jesli cos idzie nie po jego mysli lub stawia sie jakies wymagania.
Efekty?
Syn stwierdzil, ze lepiej sie czuje gdy taty nie ma w domu, bo jest spokojniej i mniej stresujaco; starsza corka powiedziala, ze tacie nie mozna ufac, bo jesli cos obieca, to albo zapomina, albo jest zbyt zajety, zeby to zrobic. A najmlodsza corka zaczela go traktowac jak kogos obcego (nie chciala sie z nim bawic, dawac buziaka na dobranoc, uciekala do mnie – traktowala go mniej wiecej jak babcie, ktora widuje raz na rok). Gdy M. to zauwazyl, zaczal wracac nieco wczesniej z pracy, spedza jakies 30 min z dziecmi, ale za to przestal prawie zupelnie rozmawiac ze mna, bo nie ma na to czasu (ilosc czasu spedzonego przy komputerze pozostala bez zmian).
Nie chce go zmieniac i do pewnego poziomu rozumiem czemu taki jest. Ale to nie znaczy, ze chce zyc w taki sposob. Proponowalam mu terapie (wspolna, badz indywidualna), ale nie ma czasu (i ochoty). Pytanie – czy zycie w takim domu jest lepsze dla dzieci niz rozbita rodzina? Moj pierwszy plan ‘pokryzysowy’ byl taki, zeby zostac w tym zwiazku do momentu osiagniecia dojrzalosci przez dzieci, zeby nie burzyc im swiata, ale zaczynam watpic, czy to ma sens. Mam wrazenie, ze jego tez to stresuje (co jakis czas rzuca niby w zartach, ze chetnie by sobie kupil kawalerke, zeby tam zamieszkac).
Nie prosze o ocene moich poczynan (typu czemu mam 3 dzieci z z tym konkretnym facetem), a raczej o spojrzenie z boku – moze jest cos, co mi umyka w tym obrazku? Moze tak po prostu wyglada zycie? Ja niestety nie mam obrazu jak powinna wygladac rodzina (moja rozpadla sie gdy mialam 9 lat, a potem bylam czesciowo opuszczona przez rodzicow, albo przerzucana pomiedzy jednym a drugim).
Chetnie dopisze jakies szczegoly, jesli cos wymaga doprecyzowania – ten post I tak jest dlugi, a nie wiem co jeszcze moze byc istotne.