wyznawczyni_wielkiego_czerwia
06.02.14, 20:57
zołza czyli ja, ponieważ nie pozwalam na przyprowadzanie dziecka do siebie do domu.
Asertywnie się nie zgadzam, sprzeciwiam, uprzedzam fakty, ale odkąd w bliskiej rodzinie jest dziecko (które zresztą bardzo lubię i sama zabieram je na spacer czasem) ZA KAŻDYM RAZEM jest pytanie: czy można zabrać dziecko?
Sytuacja trwa od 2,5 roku. Powtarzam to jak katarynka do urzygu.
W zeszłym roku chciałam sprawę definitywnie zamknąć i powiedziałam, że brak zgody jest nieodwołalny i proszę więcej nie próbować. Powiedziałam na głos, przy wszystkich, wyraźnie.
I co? I po drodze wpadają z dzieckiem (rzadko, ale zdarza się).
Z rodziną żyjemy blisko, serdecznie, pomagamy sobie, ale to nie powód, żeby te bliskie relacje wykorzystywać do tego, czego ja nie akceptuję i jeszcze wpędzać mnie w wyrzuty sumienia, bo: "no wiesz, nie będziemy mogli dłużej posiedzieć u was, bo dziecko..."
No to teraz może DRUKOWANYMI:
jeżeli ktoś nie życzy sobie wizyty z dzieckiem, to się dziecka na siłę nie wciska
na imprezę tylko na dorosłych nie zabiera się dzieci i nie psuje imprezy innym
dziecko jest bardziej absorbujące niż pies i nie wszędzie i nie zawsze mile widziane
(BTW uważam, że yerba ma rację i nie jest zołzą, ma prawo nie życzyć sobie psa, dziecka, sąsiadki, w domu)