Zapisałam dziecko (1-sza klasa) na etykę. 1 lekcja tygodniowo, prowadzona przez wychowawczynię, w czasie jednej z reli. Mały zadowolony, w przedszkolu też nie chodził na religię, w kościole byliśmy ostatnio na pogrzebie prababci, poza tym nie uczęszczamy.
Wychowuję go w poczuciu i duchu rozpoznawania zła/dobra ogółem, a nie wg religii (różnych, ma świadomość tego, że ludzie w różne rzeczy wierzą i niekoniecznie ma to przełożenie na czyny). Ja ateistka, antyklerykałka, apostatka

Problem (niby) pojawia się gdy uaktywnia się były mąż-od 1.5 roku nawrócony Polak-katolik, gdy mały jest u niego chodzą do kantyny (2 weekendy w m-cu, czasem nie idą, bo... deszcz pada, zimno, auto się zepsuło). Ok, mi to nie przeszkadza, nie zabronię mu zresztą. Dziś usłyszałam, że będzie w tej sprawie interweniował w sądzie, wnosił o ....co? Zmianę zakresu ograniczenia? Nakaz uczęszczania, wiary? (Z rozmów z dzieckiem mam jeden wniosek: mówi tacie co ten chce usłyszeć, oszczędzając sobie wiercenia dziury w brzuchu, rozliczania go i wypytywania co, gdzie, jak i dlaczego.... ). Koronnym argumentem pana taty jest to że syn jest okszczony (błędy młodości

Generalnie olewam jego pretensje. Bo nie chodzi o to, żeby dzieciak wiedział co jest dobre co złe generalnie, tylko wg doktryny katolickiej only. Eh. I tak do 18tki będę się bujać...
Macie jakieś doświadczenia w tym temacie?