trixie2
03.01.15, 16:13
Mąż ma w pracy koleżankę. Bardzo bliską, bo w pracy jest ich dwoje. Praca go pochłania czasowo i angażuje, taki typ i taka praca. Koleżanka jest wolna i jest w jego wieku. O ile się orientuję, nie chodzi o romans jako romans. I zakładam, że mam rację graniczącą z pewnością.
Ale po niemal dwóch latach obserwacji widzę, że ona ma na niego duży wpływ, organizuje mu czas, wpływa na decyzje biznesowe. Wszystkie te decyzje da się uzasadnić profesjonalnie. A ja czuję przez skórę, że ona zagospodarowuje mu wolne dni, przedłuża pobyt w pracy, bo jej się do domu nie śpieszy, bo tego domu nie ma. Mąż coraz mniej chętnie wraca do swojej rodziny, mnie i dzieci, choć ojcem jest od jakiegoś czasu nawet lepszym. Do pracy śpieszy z werwą. Na zmęczenie skarży się w domu, praca jest ponad wszystkim. Oddalił się ode mnie (oficjalny powód: praca), ma pretensje, gdy chcę coś zmienić, porozmawiać. A reagowałam, bo bardzo się między nami zmieniło, tęsknię za tym, co mieliśmy, a mieliśmy fajne życie. Jego tłumaczenie: zrozum, to trudny, wyjątkowy etap w pracy.
Próbowałam różnych rzeczy i strategii.
Mąż deklaruje zmianę, nawet idą za tym kolejne kroki, głównie w słowach. Po czym jedzie do pracy i wraca wieczorem zamiast w południe, bo "coś wypadło". A ja się orientuję i wiem, co jest nagłe, a kiedy jest naciągane.
On tego nie widzi. Przecież był w pracy. Uważa, że się czepiam. A ona jest zawsze bez zarzutu w swoim profesjonalizmie.
Godziny rozmów za nami. Co ja mogę zrobić, jak powinnam się zachować w tej sytuacji? Obawiam się, że jest nas o jedną osobę za dużo w tej konstelacji. A może rzeczywiście się czepiam?
Liczę na mądrość klanową... Bo zdołowana jestem wystarczająco.