w nawiązaniu do wątku o pokoju nastolatki, który trzeba wysprzątać, bo pod nieobecność tejże, będą tam nocować goście. Ja z tej opcji, która ani nie robi imprez w domu (od tego są kluby restauracje), a od nocowania są hotele. Jak gdzieś jadę, to też wolę wynająć hotel. Z dzieciństwa pamiętam nocleg 14 osób w meiskzaniu typu m4, grzebiących w moich rzeczach kuzynów, oraz jak mama podała na obiad rosół, ziemniaki z pieczonymi udkami z kurczaka, na deser szarlotka i goście naburmuszeni siedzieli przy stole, bo rosół za ciepły, liczyli na kotleta, a dzieci nie lubią jabłek. I jeszcze pamiętny wątek run o goszczeniu teściów

w pracy rzuciłam hasło goście w domu, oj! Macie jakieś historie o gościach z piekła rodem?
PS. nie mówimy o nocowaniu ukochanego brata, który właśnie jest przelotem w naszym mieście i udostępnimy mu chętnie nawet własne łóżko?