Mam znajomą singielkę 40letnią,
a doszły mnie słuchy, że pewni znajomi się rozwodzą.
Nie znam ich za dobrze, widujemy się raz na rok góra na jakiejś imprezie,
a z opowieści bliższych im znajomych to podobno byli parą toksyczną i bardzo dziwną.
Pan pod pantoflem zdeczko zaburzonej pani.
Pani dnia pięknego wywaliła pana na bruk. Dziecko już na studiach.
Pan majątek jakiś ma, więc nie zostanie z debetem na koncie, do tego całkiem przystojny.
O rozwodach coś nieśmiało brzdąkał od 10 lat, teraz to już klamka zapadła.
I pytanie zasadnicze
kombinować już teraz, by na gwałt pana przedstawić tej samotnej znajomej
i ich ze sobą spiknąć?
Bo mogę trochę podkręcić towarzystwo i jakieś okoliczności sprzyjające sprowokować.
Czy raczej czekać aż się wojny w sądzie między jeszcze-małżonkami skończą?
Na razie dopiero wojować zaczęli i papiery złożyli.
Bo wiecie,
wolny chłop po 40tce, bez malutkich dzieci, bez długów,
to taka oferta last minute.
Mignie się i będzie zajęty zanim się człowiek obróci.
Co prawda tu w pakiecie może być exia wariatka, ale wiadomo, ideałów nie ma,
znajoma za stara jest żeby wybrzydzać.
A póki pan nieszczęśliwy i do pocieszania to się łatwiej przywiąże.
To jak radzicie?
Brać się do dzieła i ich parować już?