marusia_ogoniok_102
21.10.15, 17:32
Ematki, wiem, że to problem rodem z korpo albo z przedszkola, ale spytam i tak.
Mamy na roku kolegę. Mój rocznik. Nie wiem, czy chory jakoś, czy po prostu z natury męczący, ale wszyscy mają go dość.
Otóż gość jest bardzo... natarczywy, agresywny wręcz (w komunikacji). Przerywa ludziom, nie daje dojść do słowa. I to nie, że tylko nam, czyli kolegom - gość przerywa wykładowcom, oczywiście bez żadnego podniesienia ręki, bez zasygnalizowania, że chce coś powiedzieć, nie: wpada w słowo jak bomba i jest równie subtelny. Niektórzy wykładowcy spokojnie mu odpowiadają, jak coś wtrąci (zazwyczaj ci młodsi), niektórzy są (słusznie według mnie) zirytowani, bo, powiedzmy sobie szczerze - jest to wyjątkowo nieeleganckie.
Mało tego, ale to już nie jego wina - ma wyjątkowo drażniący głos. Normalnie działa jak skrobanie paznokciami po tablicy albo widelcem po talerzu. Ale to można by jeszcze przełknąć, gdyby tylko mówił tym głosem coś mądrego.
Pół uczelni się z niego lekko podśmiewa, drugie pół stara się go za wszelką cenę unikać, raczej większość mu lekko współczuje, bo ewidentnie jest dość samotny. Nikt nie wie, czy on to robi niespecjalnie (istnieją w końcu tiki nerwowe), czy jest po prostu niewychowany - ale być jego kolegą nikt nie chce. Wiem, że to brzmi jak problemy grupy przedszkolnej, ale tak po prostu jest - za jego terapeutę nikt robić nie chce.
Ja mam dodatkowy problem - kolega mieszka w mieście obok mnie i muszę go znosić, jak jadę do domu.
Ematki, takich ludzi można jakoś utemperować? Gość jest z mojego rocznika (1993), na wychowanie go mimo wszystko za późno, ale może powinnam mu przynajmniej zasugerować, że powinien się zastopować? Tyle że nie chcę wyjść znowu na jego najgorszego wroga...