hema14
14.12.15, 10:33
Czy w małżeństwie zawsze trzeba iść na kompromis, czy można walczyć o swoje, coś co jest dla jednej strony ważne, druga powinna ulec? Np. rozbieżności w temperamencie czy sposobie spędzania wolnego czasu. Mąż domator nie lubiący się integrować - dotychczas był zadowolony bo żona dotrzymywała mu w tym, ale to chyba tylko ze względu, że od samego początku małżeństwa pojawiły się dzieci i trzeba było z nimi siedzieć w domu, nie było babć, opiekunek, zatem i wieczornych wyjść, raz na rok do kina. Aż tu nagle... dzieci podrosły, pojawiło się hobby i matka (na szczęście z jednym z dzieci) co tydzień się "realizuje". Wybywa z domu na parę godzin, raz na tydzień zauważmy. Poznaje tam fajnych ludzi, okazuje się, że znajomi lubią się "integrować" i bywają imprezy, nie za często, 3 razy do roku takie z tańcami, alkoholem, no normalna zabawa - żona chce tam bywać, mąż próbował ale się nie zaaklimatyzował i ma to gdzieś, żona jeździ sama lub z dzieckiem. Mąż coraz bardziej wkurzony o te wypady, choć imprezowe są tylko kilka razy do roku. Czy to za dużo? Czy jak już dzieci odchowane (wiek podstawówki) to jak raz na tydzień żony nie ma w domu to jest dramat? Zwykle na tych imprezach żona nie pije bo przecież musi wrócić w nocy autem, raz mąż ją zawiózł i w nocy przyjechał po nią, a raz ona nocowała, ale generalnie wraca do domu.
Powinna zrezygnować z imprez i siedzieć w domu z mężem (on innej rozrywki nie wymyśli) czy ma prawo się upierać, że "teraz mogę sobie pożyć bo wcześniej tylko w domu przy dzieciach siedziałam". Jaka częstotliwość jest ok, a jaka to już przesada?