kocianna
22.12.15, 09:32
Moja mama ma troje dzieci, mieszkamy w różnych miastach, a czasami w różnych krajach. Ostatnie wyprowadziło się z domu 10 lat temu. Na Święta zwykle zjeżdżamy do rodziców z naszymi rodzinami, choć nie naraz (np. część w Wigilię, część w drugie święto dopiero).
Mama zawsze na początku grudnia dostaje trzy przelewy: wiemy, że wyżywić 14-16 osób przez 2 dni to rzecz kosztowna. Zawsze przywozimy swoje ciasta, pierogi, przystawki, mięsa - tak naprawdę jedyne, co mama MUSI zrobić, to grzybowa i rosół. Nawet z Moskwy wiozłam samolotem makowce i piernik.
Tata nigdy nie zgodził się na spędzenie Wigilii u kogoś z nas, nawet kiedy tak się złożyło, że cała nasza trójka mieszkała w jednym mieście, a jedno z nas dysponowało dużym domem. Zawsze jeździliśmy z dziećmi, wózkami, psami i całym majdanem do maleńkiego rodzicielskiego mieszkanka. Zawsze któreś z nas przyjeżdża w przeddzień Wigilii albo rano, żeby pomóc wszystko ogarnąć.
Wiadomo, że w swoich domach też robimy Wielkie Porządki i jakieś jedzenie, bo część świąt spędzamy u siebie, te makowce i pierniki są robione w naszych kuchniach, i tak samo kupujemy prezenty i mamy końcoworoczną gorączkę w pracy.
A wczoraj usłyszałam z wyrzutem: bo wy to przyjeżdżacie na gotowe!
I ręce mi opadły. Zabolało.
Uznać, że to prawo starości? Tłumaczyć, mówić, że mi było przykro? Pokazywać, że zamiast docenienia wzbudza tylko poczucie winy, której nie ma, więc odechciewa nam się kontaktów? To się obrazi...