kamakszi
26.01.16, 23:53
Podczytuję Was pasjami (też jako językoznawca, nie ukrywam), ale było ostatnio parę wątków, które skłoniły mnie do napisania tego...
No więc: opieka naprzemienna. Przez dużą część z Was mieszana z błotem albo uznawana za niemożliwy do spełnienia scenariusz. Chciałam Wam więc opisać mój przykład: opieki naprzemiennej spełnionej, działającej.
Wczoraj były dziesiąte urodziny mojej córki. Od 5 lat jesteśmy z ojcem Mai "rozwiedzeni" - w cudzysłowie, bo ślubu nie było, więc i rozwodu de facto (prawnie) nie. Od początku, gdy zadecydowałam o rozejściu, ojciec nie widział innej opcji, niż uczestniczyć w połowie w życiu naszej córki. Musiałam wyprowadzić się blisko - i tak też zrobiłam, zajęło mi to ze 3 tygodnie, ale udało się znaleźć coś na wynajem. Tak, to zaleta dużego miasta (W-wa). Dzielimy się kosztami na pół - rozliczamy się zwykle, jak się już "nazbiera", ale też w razie potrzeb. Lubimy się i rozmawiamy ze sobą, ale były za nami fakty niedające nam wg mnie żyć razem. Szanujemy się nawzajem, choć czasem się spieramy. Nie zawsze jest idealnie. Ale w tzw. pełnych rodzinach też nie zawsze bywa.
Piszę to chyba po to, by osoby przemyśliwujące wdrożenie takiego modelu - nie bały się tak odgórnie. Jest szansa, by to działało. Musimy być blisko siebie - ale i tak na siebie z eksem nie wpadamy. Musi być komitywa między rodzicami. Musi być chęć ciągnięcia tego - tak. Ale tu jest. Wszystko działa, jak miało. Nie bójcie się tego, próbujcie.