Chcę kupić mieszkanie. Dzwoniłam, pisałam do kilku agencji, nikt nie oddzwania, totalna olewka, przy kolejnym moim telefonie ludzie nie pamiętają o co chodzi. Jedna agencja odpisała na maila, jeden agent umówił się na spotkanie, które następnego dnia przełożył SMSem i potem nawet nie zadzwonił z informacją, że mieszkanie sprzedał komuś innemu w dniu, kiedy mieliśmy się spotkać.
Pracownicy dewelopera (dużego), gdzie coś znalazłam od dwóch tygodni mnie zwodzą, nie mają czasu na spotkanie, nie wiem o co chodzi.
Chcę zrobić szafę, napisałam maila do 5 firm, nikt nie odpisał. Wczoraj rano pojechałam do dwóch i poprosiłam o wycenę, zero kontaktu do dziś. Pojechałam do ikei, bo może sobie gotową kupię, a tam pracownica krzyczała na klientkę i ją wyzywała (pani rzeczywiście była oporna na argument „nie da się”, ale litości, nie tak się rozmawia). W barku z hot dogami dowiedziałam się, że jedna ze sprzedawczyń dziś nie pójdzie na imprezę, bo do końca miesiąca ma 180 złotych, ale druga pocieszyła ją, że w przyszłym wypłata będzie już siódmego. Klient w niczym nie przeszkadza.
Kilka dni temu chodziliśmy po „Bartyckiej” (taki punkt, gdzie jest dużo sklepów z artykułami do budowy i wykończenia wnętrz), o 10.30, pozamykane sklepy czynne od 10.00, czuliśmy się jak duchy, sprzedawcy nie zwracali na nas uwagi, w jednym sklepie trwała regularna, głośna kłótnia z przekleństwami.
Jeśli tak ma wyglądać rynek pracownika to ja dziękuję