dziecinniezlamana
27.12.17, 10:56
Witam. Bywam na forum bardzo często i nie wyobrażam sobie dnia bez niego, ale do tej pory byłam raczej biernym użytkownikiem. Teraz postanowiłam napisać, bo mimo iż sytuacja wydaje się być dziecinnie nudna, to jednak ciężko jest mi wszystko poukładać w głowie. Aha, trochę długie mi wyszło.
Zatem, sytuacja wygląda tak. Mam męża, kilkoro dzieci. Jesteśmy razem już prawie 12 lat, z czego połowa jako małżeństwo. Na zewnątrz uchodzimy za dobre małżeństwo i chyba takie "uczuciowe". Wiele razy słyszałam, że po nas widać, że jesteśmy szczęśliwi. I jestem, ja przynajmniej. Oboje jesteśmy też bez wcześniejszych poważniejszych związków, ale...
Kiedy poznałam mojego męża był on mocno zainteresowany pewną dziewczyną (od ok. 5 lat), z którą dużo rozmawiał, ale spotkał kilka razy w życiu. Żadnego związku nie było, ani też zainteresowania z jej strony jakąkolwiek romantyczną przyszłością. Niemniej mój mąż był bardzo mocno emocjonalnie zaangażowany i bardzo ten zawód przeżył.
Kiedy zaczęłam się z nim spotykać, on wspomniał coś o tej dziewczynie i potem dowiedziałam się jak bardzo mu na niej zależało i jak bardzo przez tą sytuację cierpiał. Ja zawsze byłam o nią zazdrosna, choć idea zazdrości o kogoś "niezmaterializowanego" ustawionego w czyjejś głowie na piedestale ideału wydawała mi się, i nadal wydaje, absurdalna. Jednak, podświadomie czułam, że coś jest nie tak. Z drugiej strony sama byłam tak zakochana, że pewnie przymykałam na wiele niuansów oko. Aczkolwiek zażądałam wyboru i zabroniłam jakiegokolwiek kontaktu z nią. Wiem, że na początku obietnicy nie dotrzymał, ale po drugiej konfrontacji już tak. I sama postanowiłam to zostawić w przeszłości. Po kilku latach, kiedy już razem mieszkaliśmy zapytałam się czy nadal jest w jakiś sposób emocjonalnie zaangażowany i wtedy powiedział, że nie. Po tym uspokoiłam się nieco, on mi się oświadczył i zaczęliśmy wspólne życie.
Niedawno jednak dowiedziałam się, że wtedy skłamał i tak naprawdę do dnia dzisiejszego do końca nie pogodził się, że ona go odrzuciła i nadal czasami myśli o rozmowach z nią i pozostawia w sferze marzeń jako ewentualną przyszłość. Wiem też, że z sentymentem trzyma jej zdjęcia, rozmowy itd. Ja przez to chyba przez te wszystkie lata miałam wrażenie, że nie kocha mnie wystarczająco mocno albo prawdziwie. Trochę tak na pokaz, albo żeby samego siebie przekonać. Żeby po tylu latach szczęśliwego życia nadal myśleć o kimś innym, to chyba nie jest do końca normalne? On twierdzi, że nie powiedział mi prawdy, bo bał się, że mnie straci. Wiedział, że nie ma do czego wracać i chciał iść do przodu, ułożyć sobie życie, założyć rodzinę i być szczęśliwym. Ja, ja byłam jego szansą. Twierdzi też, że mnie kochał i nadal kocha i że sam nie rozumie dlaczego tamto uczucie nie przemija, a przynajmniej nie w takim tempie jakby chciał.
Ja rozumiem, że po poprzednich związkach zostaje sentyment. W sumie dla niego to chyba była pierwsza prawdziwa miłość (może jedyna?), więc też rozumiem, że tego nie wymazuje się z pamięci. Dodatkowo, jako że była to miłość nieszczęśliwa, a obiekt jest niczym nie "obrzydzony" tylko wręcz wyidealizowany, to być może potęguje uczucie utraty kogoś wyjatkowego i niepowtarzalnego. Tylko czy angażując się w związek z drugą osobą, te wszystkie uczucia nie powinny być najpierw zamknięte?
Teraz czuję się oszukana i w sumie to chyba jak "dobro zastępcze". Nie mamy innych problemów, życie układa nam się raczej spokojnie. Kłócimy się owszem, ale raczej o sprawy przyziemne. Generalnie pasujemy do siebie, ale mam wrażenie, że to co ja czuję do niego jest nieswpółmierne z tym co on czuje do mnie. I to mi doskwiera. Jak to wszystko teraz sama czytam, to wieje straszną dziecinadą, a ja naprawdę mam jakiś nieokreślony do końca dylemat.
Co Wy drogie ematki myślicie o tej całej sytuacji? Jak byście same zareagowały? Co zrobiły? Z góry dziękuję za wszelkie uwagi.