Idąc do przedszkola przechodze obok szkoly sredniej z reguly ok 8, wiec zwykle jak nastolatki ida do szkoly.
Wiekszosc, niemal wszyscy,i ci mlodsi i ci na finiszu szkoly / zachowuja sie tak, jakby mieszkali cale zycie na syberii w -70 i nagle ktos ich teleportowal do Polski.
Pare dni temu bylo zimo jak cholera, -5, odczuwalna gorsza bo byla wilgoc i wialo.
Przede mną Ziomek lat okolo 15 idzie z przystanku oddalonego hoho w krotkich jeansach takich przed kostke, w tenisowkach i t-shircie. Nic wiecej.
Podlacza sie ziomek nr 2 w bluzie i kolezanka w glanach, z golymi nogami, spodnicy i bluzce jak na lato, gole ramiona.. Pala papierosa, rozmawiaja. Zadnemu nie jest zimno. Nie sinieja im wargi, nie maja gesiej skorki. Mnie po wyjeciu reki z rekawiczki kostnieja rece, moj mlody trzesie sie jak galaretka a jest poubierany kompleksowo. Koledzy ziomka ze szkoly tak samo poubierani, prawie zaden nie ma kurtki, wiekszosc bluza albo sweterek dziewczyny, oczywiscie porozpinane, pod tym bluzki na ramiaczkach. Oni tak stoja czasem od 7.40 az do dzwonka.
Tak jest niezaleznie od temperatury nawet przy -16 tak stali.
Jak to tak zwyczajnie biologicznie jest ze im nie jest zimno. Jeden kolega nosi kurtke i czapke i lubia go wiec chyba nie jest wiochą zimowy ubior i nie jest to jakis manifest.
Moze ktos ma na stanie malolata i my wyjasni