zlababa35
11.04.18, 09:52
Osoby, którym mówię o tym w realu, uznają mnie za grubo przewrażliwioną (mamusia moja głównie).
A ja już nie wyrabiam.
Kolejna praca nad dokumentacją medyczną, onkologiczną.
Młoda kobieta, matka dzieciom, od ponad 2 lat leczenie inwazyjnego raka sutka, kilka stron dokumentacji. Opisy leczenia, czyli chemia, radioterapia, wycięcie guza pierwotnego itp., wszystko na nic, przerzuty wielonarządowe. To są dokumenty żywego człowieka, któremu prawdopodobnie medycyna nie pomoże już, ale który przez 2 lata się qrewsko męczył, biegając na te biopsje, chemie itp. itd. Jeszcze gorzej jest, jak trafia do mnie dokumentacja dziecka - które zamiast normalnie żyć też męczy się inwazyjnymi zabiegami w szpitalach. I nic nie pomaga.
Rak mnie przeraża. Bo przeraża mnie bezsilność, czas, wysiłek i męczarnia zainwestowane w leczenie - na nic. Zwłaszcza ta męczarnia - biopsja kości, chemia, radioterapia (są też często opisy skutków dla pacjenta, uch). Przeraża mnie odchodzenie dzieci z takiego powodu i bezsilność lekarzy oraz rodziców.
To głupie odczucia, ale ostatnio mam ileś takich dokumentów pod rząd i tak mi się ulało. W tym dzieci np. 3-letnie, 11-letnie. Trudno mi o tym nie myśleć, to są realni ludzie. Po prostu chciałam się wygadać. Ech...