Tak, kolejny wątek.
Nie wiem, czy oczy mi się otwierają, czy niekoniecznie, może to mama się zmienia... I co o tym myśleć...?
Otóż wychodzi na to, że mama ma dość niesympatyczny sposób komunikacji. I nie wiem, czy ja tego wcześniej nie widziałam, czy ona inaczej teraz mówi.
Przykłady:
Lekarz pyta, czy ja często odwiedzam mamę, a mama na to: "Tak, córka jest na każde moje zawołanie".
Dziś pyta mnie o wizytę u lekarza:
"Dzwonię z wyprzedzeniem, żebyś mnie zawiozła 5 sierpnia do lekarza"
"Na dziś ci nie powiem, bo jeden samochód w naprawie"
"Ale przecież kiedyś miałaś jeden i zawoziłaś"
(Przemilczałam, faktycznie - kiedyś może bardziej się starałam, a teraz średnio mam ochotę stawiać wszystko na głowie, jak taksówka kosztuje 20 zł w jedną stronę)
"To może twój zięć cię zawiezie, i tak będzie w pracy w mieście" (czas elastyczny)
"Nie, albo ty, albo nikt. To ja już sobie poradzę sama".
Przemyślałam i zastanawiam się, czy może jej mniej chodzi o to zawiezienie, a bardziej, żeby być z nią na wizycie, pogadać z lekarzem. Ale tak do końca to nie wiem. Wieczne zgadywanki.
W dodatku przez jej prezenty dla wnuczki, jednak czuję się zobowiązana do pomocy...
W ramach anegdoty: Kto pamięta, że wiosną uporządkowałam jej syt. finansową, to wczoraj usłyszałam, że jak fajnie, że bank jej przysłał ofertę kredytu (kolejnego!). Szczęście w nieszczęściu, że sama nie korzysta, a pyta mnie o opinię. Ale i tak mnie skręciło ...
Trochę chciałam się wyżalić. Trochę proszę, żebyście mi znów pomogły spojrzeć trzeźwo i z dystansu na sytuację. Bo sama chyba nadal nie całkiem umiem to poukładać.