notatki
03.08.19, 12:09
Nie rozstrzygam, czy lepszy, czy gorszy, po prostu inny niz prezentowany w pewnym wątku. Jestem samotną matką od 10 lat, a właściwie od urodzenia syna, bo jego ojciec nigdy się szczególnie nie angażował i nie był obecny. Ale dekadę temu wyprowadził się na dobre i skończyły się złudzenia, że mam męża, a dziecko (wówczas 6-letnie) ojca. "Muszę mieć pracę" to myśl, która towarzyszy mi zawsze. Nigdy nie miałam czasu i warunków na deliberacje, czy mój syn jest gotowy na to, abym pracowała na pełny etat. Mieszkamy w mieście, w którym nie mam żadnej rodziny, zawsze byłam zdana tylko na siebie. W przedszkolu dwa razy w tygodniu odbierała go opiekunka, zostawala z nim, gdy był chory. Opieka na chore dziecko nie wchodziła w rachubę w moim miejscu pracy. W klasach 1-3 świetlica, w 3 klasie zaczął sam jeździć na zajęcia dodatkowe. Od 4 klasy sam w domu po lekcjach. Kończę pracę o różnych porach, najpóźniej wracam po 18. Od kilku lat były mąż nie płaci alimentów. Jakiś czas temu, poza normalnym, 40-godzinnym etatem, znalazłam dodatkową pracę w weekendy (nie wszystkie, jeden, czasami dwa w miesiącu mam wolne) . Mam świadomość tego, że mój syn spędza bardzo dużo czasu sam. Jestem wyrodną matką, bo nie zastanawiam się, czy jest na to gotowy?! A ja po prostu nie mam wyjścia, budżet się nie spina... Ale jakoś ogarniam po pracy albo w ramach urlopu lekarzy, dentystów, ortodontę, dwie biblioteki, jedną dla przyjemności, drugą do celów zawodowych, odwiedziny u rodziców mieszkających 100 km ode mnie (nie mam samochodu). Ze znajomymi też się spotykam, wczoraj byłam na kolacji z koleżankami... Nie narzekam, nie skarżę się, nie poświęcam, uważam, że po prostu daję radę. Też nie mam dobrego skryptu, trudne dzieciństwo pełne przemocy i strachu... Nigdy nie byłam na terapii, nie miałam czasu ani pieniędzy. Moje hasło powitalne w telefonie brzmi "bądź silna" i tego się trzymam.