... w których to polskie kościoły widocznie pustoszeją.
Byłam ci ja w ostatnią niedzielę na mszy. Nie, nie zatrułam się grzybami wywołującymi śmierć mózgu, zostałam natomiast zaproszona na chrzest.
Niedziela, godzina 11, środek dużego miasta wojewódzkiego, wielkie osiedle mieszkaniowe. Ja z czasów gdy mieszkałam w Polsce, pamiętam że w niedzielę na głównej mszy szansa na znalezienie miejsca siedzącego w ławce była w zasadzie zerowa, a czasami do kościoła ciężko było wejść, a tu: ławki na wpół puste, osób stojących brak - w sensie że puste nawy, dosłownie spokojnie w ławkach można byłoby usadzić jeszcze drugie tyle osób, a mówię tylko i wyłącznie o dwóch nawach głównych, bo boczne były całkowicie puste. W dodatku osób młodych - jak na lekarstwo, trochę było, ale bardzo mało. Kościół, akurat tak się złożyło, taki do którego uczęszczał mój mąż gdy jeszcze a) mężem nie był, b) tliły się w nim szczątki wiary więc pytam czy tu zawsze tak pusto było? On na to, że nie, nie zawsze. Zawsze było raczej pełno.
Zaczynam z radością wierzyć w statystyki mówiące, że w Polsce spadek liczby osób uczęszczających na msze przebija obecnie nawet Irlandię i Hiszpanię w okresie największej laicyzacji. Zaczynam też rozumieć te histeryczne ruchy KK w celu zabetonowania swoich wpływów. Oni już czują że lont przy ich świętych tyłkach robi się coraz krótszy. Może jeszcze będzie normalnie.
Tak, biorę poprawkę że to Gdańsk, miasto folksdojczów i czarnych owiec, my w Gdańsku zawsze pod prąd jak szlachetna ryba

Ale już czuć, drogie ematki, że coś się dzieje.