privoa
17.11.19, 15:08
Bez zbędnych wstępów. Prawie dokładnie rok temu (koniec listopada 2018) rozpoczęłam pracę w nowo powstającej firmie. Historia w sumie prosta, dość duża spółka powołała nową małą na eksperymentalny projekt. Większościowym udziałowcem była właśnie ta spółka, a mniejszościowym facet, który ten projekt wymyślił i skutecznie namówił spółkę na inwestycję. Zatrudniono mnie tak naprawdę do wszystkiego. Formalnie obsługa biura, de facto całość: marketing, obsługa klienta, obsługa biura, załatwianie wszystkiego itp. Było tylko dwóch pracowników: ten mniejszościowy udziałowiec i ja. Praca super, dużo roboty, ale uczciwe warunki, niezła pensja, żadnych problemów, żeby wcześniej wyjść, wziąć wolne itp. A szef naprawdę mądry, miły, profesjonalny. Przez rok zakolegowaliśmy się, chociaż nie mieliśmy oczywiście żadnych relacji poza pracą. Właśnie się okazało, że projekt się udał, spółka - większościowy udziałowiec inwestuje w niego znacznie więcej, zatrudnia 2 dodatkowych pracowników, przenosimy się z siedzibą i biurem w wygodniejsze miejsce. Wszystko pięknie, ale moja umowa (na rok) nie zostanie przedłużona. Szef mi wyjaśnił w piątek, że byłam dobrym pracownikiem, jest ze mnie zadowolony, dostanę dobre referencje, ale na nowy etap szuka kogoś znacznie lepszego, dlatego w poniedziałek mogę już do pracy nie przychodzić (formalnie umowa kończy mi się we wtorek), dostaję jeden dzień wolny jako prezent od firmy (urlop mam cały wykorzystany). Podziękował mi, pożegnał, a ja do dzisiaj jestem w szoku. Byłam pewna, że zostaję, liczyłam nawet na podwyżkę i awans np. na kierownika całego nowego zespołu. Jestem roztrzęsiona, ale staram się myśleć racjonalnie, więc proszę o ocenę. Mam podstawę, żeby czuć się wykorzystana i oszukana czy nie?