Co myślicie o takiej sytuacji? Dorosła córka (22 l.) skończyła studia, zrobiła w lipcu licencjat, we wrześniu podjęła pracę w biurze pewnej bardzo dużej firmy w naszym regionie. Jak na pierwszą pracę całkiem dobrze, szczególnie jak na tę okolicę. Problemem zaczęły być dojazdy. Mieszkamy w miejscowości oddalonej od zakładu pracy o nieco ponad 30 km. Samochodu nie mamy, nie możemy sobie na razie pozwolić na niego, może kiedyś córka zrobi prawko i coś się uda kupić. Przeprowadzka bliżej nie wchodzi w grę, bo raz że nie ma na to finansów, a dwa, że w zasadzie nie ma bliżej - zakład leży dość „w polu”, obok drogi dojazdowej i kilku wiosek. Na szczęście kursuje prywatny bus w dogodnych godzinach w obie strony. Niestety bus robi dziwną pętle, bo nie jedzie prostą drogą, tylko nadkłada prawie drugie tyle zahaczając o większe miasto po drodze, gdzie wysadza większość pasażerów, czeka trochę a bierze nowych i jedzie dalej. Krótko: z trasy 30 km robi się 58 km a podróż trwa od 70 minut do czasem nawet prawie półtorej godziny. I tak w obie strony. Pod koniec listopada, gdy pogoda stała się coraz mniej przyjemna na takie dojazdy okazało się, że to ogromny minus. Bo doliczając jakiś tam czas oczekiwania na busa i dojścia do domu / pracy, okazuje się, że córka w drodze spędza niemal 4 godziny dziennie.
I teraz główna sprawa. W tej firmie pracuje też chłopak z naszej miejscowości. Mieszka ulicę dalej. Tylko on na magazynie, praca fizyczna i chyba też na różne zmiany. On dojeżdża autem. Córka go słabo zna, on zresztą raczej mało towarzyski, rok od niej starszy. Chodzili do tej samej podstawówki i liceum, ale chyba (jak mi powiedziała) nawet nigdy nie mieli okazji dwóch zdań zamienić. No w każdym razie ona jak się zorientowała, że on dojeżdża autem, to któregoś dnia zaczekała na niego jak kończył i zapytała, czy mógł by ją zawozić i przywozić, przynajmniej w te dni, kiedy jego zmiany jakoś się pokrywają z jej. A on jej po prostu odmówił. Podobno powiedział coś w rodzaju „nie, z nikim nie jeżdżę”, córka oczywiście dodała, że będzie się dokładać do paliwa, ale on raz jeszcze powiedział, że z nikim nie jeździ i tyle. Córka poczuła się strasznie głupio. Ja znam jego matkę (samotną) z widzenia, jego też, ale nigdy z nimi nie rozmawiałam.
I teraz nie wiem, czy to po prostu zostawić tak, jak jest. Czyli nie to nie i tyle. Ale przecież to koszmarnie egoistyczne i po prostu głupie. Przecież on miałby dodatkowy zysk, dodatek do paliwa i jeszcze towarzystwo po drodze. No nie wiem, mnie się wydaje jakieś bardzo niefajne takie zachowanie. Zareagowałybyście? Poszłybyście porozmawiać z matką tego jakby nie było dorosłego mężczyzny albo z nim samym, czy odpuściłybyście temat zupełnie?