kpw33
04.02.22, 21:06
Pisze tutaj, bo może któraś z Was mi pomoże jak mam rozmawiać z mężem.
Problem polega na tym, że od 3 mc mąż strasznie zaczął wyliczać mi pieniądze. Każdy zakup muszę mówić co kupiłam, codziennie wchodzi 100 razy na konto. Wczoraj wieczorem kupiłam córce coś na sklepie internetowym, za co dziecko mi oddało i od rana już telefon co to za zakup. Zaznaczam że dostaje pieniądze na jedzenie. No kupuje sobie nic, żadnych ciuchów, kosmetyków, kosmetyczek, fryzjerów. Dzieciom kupuje po konsultacji.
Chwilowo nie mogę iść do pracy. Córka ma zdalne, a młodszy syn ma nauczanie indywidualne, przez częste choroby (nie ma żadnej grupy inwalidzkiej) ale jest w 1 klasie więc nie zostawię go samego. Rodziny też brak, bo rodzina męża mieszka daleko, moja mama za granica. Mieszkam na wsi.
Napisze jeszcze, że mąż pracuje za granicą i nie ma go w domu zjeżdża raz w mc na tydzień czasem nie, a czasem jest dwa razy w mc.
Patrzę pracę nawet w domu, ale większość to jakieś mlm.
Nie mamy złej sytuacji, własny nowy dom, średnie dochody naszej rodziny to 14 tys najmniej, bo co drugi miesiąc jest ok 16. Mamy kredyt jeszcze 2 lata po 2000. To i tak mamy dobrze.
Boli mnie zachowanie mojego męża. Wczoraj np poprosiłam o przelanie pieniedzy, bo poszło w tym dużo mieliśmy gości dwa razy i urodziny. A ja właśnie złapałam infekcje i chciałam kupić jeszcze witaminy. Przelal mi 400 zł i powiedział że ma mi to starczyć do 15 lutego. Z czego 100 wczoraj wydałam w aptece. Mam jeszcze 100 w portfelu. To dalej mam te 400 zł. Ciągle się pytam, skąd taka zmiana czemu tak się zachowuje. Bo mnie to boli, że muszę się tak prosić i tlumaczyc z każdego zakupu.
Chciałam iść do pracy, żeby mieć też swoją kasę, wymieniać się opieką nad dziećmi, żeby wrócił do pl, ale nie bo w Polsce tyle nie zarobimy razem. Na opiekunke mi nie da. A ja juz nie mam sił. Cięgle się o to kłócimy. Bo on chce na wakacje jechać długie, albo idą ciężkie czasy. Super ja to wszystko rozumiem, tylko jak tak dalej pójdzie to pojedzie chyba sam na te wakacje.
Jak mam z nim rozmawiać, żeby dał już spokój, nie że mam coś do oszczędzania bo też jestem za tym. Ale on w jakąś skrajność popada. Staram się jak mogę, w sklepie nie kupuje pierdół tylko jedzenie. Dziennie wydaje 50-60 zł, ale przy obecnych cenach nie jestem w stanie zejść niżej. I ciągle źle.