justa801
01.10.22, 20:54
Na ematce pisałam w paru postach, ale głównie jestem czytaczką ,, swój" osobisty wątek pewien czas temu popełniłam na życiu rodzinnym. Ale dzisiaj mam wkurw, doła i sama nie wiem, co jeszcze. Mam męża alkoholika. Jak go poznałam byl w trakcie terapii, terapię skończył, przez siedem lat po naszym ślubie nic nigdy nie pił na żadnym spotkaniu, nawet jak był alkohol. Ale trochę temu zaczął się powrót do przeszłości. Najpierw, jak odkryłam, że coś się znowu dzieje, nazywanie mnie histeryczką, która robi cyrk bez powodu, bo on nad wszystkim panuje, nie dopusci do niczego gorszego, jak czasem wypije nic się nie stanie. O terapii czy jakichkolwiek mityngach słyszeć nie chciał, ale jak zagroziłam, że w takim razie możemy skończyć wspólne życie, to mu się tok myślenia zmienił. I wierzyłam, że dotrzyma słowa. Do dzisiaj... Dwie godziny temu sąsiedzi przyprowadzili go do mnie najeb....jak szpadel, bo dobijal im się do drzwi (zepsuty chwilowo domofon, mąż pomylił piętra i nie swoje drzwi uznał za swoje). Śpi teraz, jak w ogóle trafił do domu nie wiem, bo ledwo się trzymał na nogach.,, Odbierając" go od sąsiadów myślałam, że ze wstydu pod ziemię się zapadne. Jutro chce go poinformować, że to koniec, bo ja nie chce tak żyć i skończyć marnie jako żona staczającego się coraz bardziej alkoholika. Wierzyłam w chęć zmiany i że coś zrozumiał, że dotarło do łba, że może być źle, jak się nie ogarnie, ale dzisiaj zobaczyłam efekty jego ,,chęci" na zmiany.
Czy jest sens mieć nadzieję, że mąż kiedyś wyjdzie na prostą, zobaczy problem i zacznie go rozwiązywać czy powrót po latach do nałogu to juz najczęściej lecenie w dół, bez większych szans na zmiany?