Za tydzień z hakiem moje dziecko skończy 18 lat, a mnie się po prostu ulewa i nie jestem w stanie się cieszyć, wręcz przewiduję kolejne kłopoty.
Właściwie to mam bardzo obniżone samopoczucie od ponad miesiąca z tego powodu, biorę od prawie 2 lat antydepresant, który chyba przestał mi pomagać na ten kryzys.
Jak sobie przypomnę wszystko to, co wyprawiała od momentu pójścia do I klasy LO, całą tę spiralę g...wnianych zachowań, schodzenia w patologię, otaczania się jakimiś szmaciarzami, to chciałabym gdzieś uciec, zniknąć, niczego nie świętować.
Nawet te - bardzo powolne - zmiany, które teraz są - serio zastanawiam się, czy faktycznie chce cokolwiek zmienić, czy udaje, żeby rodzina się zebrała i każdy jej na urodziny dał trochę kasy. Bo udawanie i słodzenie mi zawsze wychodziło jej super.
Pewnie niedługo się okaże, o co chodzi, a ja będę spać spokojnie, tak czy inaczej.
Na razie szukam sposobu, jak siebie pocieszyć, jak się odciąć od bardzo gorzkich refleksji, od tego zalewającego mnie wstydu za własne dziecko i do cholery nie umiem go nijak znaleźć

((. Serio piszę i ryczę.
Nie jestem w stanie tego wszystkiego zrozumieć, wcale nie miałam fajnie w życiu, nigdy nie zadawałam się z ćpunami, nie chlałam, nie wyprawiałam ekscesów jako nastolatka, nie wywalano mnie z liceum, nie kradłam i nie kradnę, nie usprawiedliwiałam się złym życiem i olewającymi rodzicami.
Teraz możecie zacząć się dopier.dalać.
Wolę wszystko to tu napisać niż powiedzieć to w oczy jej czy komukolwiek z rodziny i robić kwaśną atmosferę. Bo czuję jak coś we mnie kur.wa pęka.