Ja już kompletnie nie wiem nie tylko jak zatytułować ten wątek, ale i jak określić "problem"* poprawnym politycznie określeniem.
W skrócie: czytam sobie wątki Cotton i mimo, że kobieta zaznacza, że jest w spektrum autyzmu (co całkiem nieźle manifestuje się podejściem do świata, reguł w tym świecie, siebie w tym świecie rządzącym się takimi a nie innymi regułami) to i tak jest po niej pojazd. Jednocześnie bardzo się staramy (ewidentnie jedni bardziej, inni mniej), żeby dzieci z "problemami" nie odczuły dyskryminacji, gorszego traktowania itp.
Czy odpowiednie traktowanie ludzi z "problemami" należy się tylko młodszym? A może to kwestia osoby? A może to kwestia okoliczności, środowiska - tu forum ematka, a ematka jaka jest, każdy widzi?
O właśnie! Ostatnio - coraz rzadziej mi się to zdarza - rozmawiałam przelotnie z nieznaną mi bliżej matką nieznanego mi bliżej dziecka. A nawet trochę z dzieckiem. W dwóch krótkich rozmowach, matka dwukrotnie podkreśliła, że dziecko jest autystyczne. Ja widziałam w sumie zwykłe dziecko, trochę z emocjami na zewnątrz i intelektualnie dociekliwe, ale też nie robiące niczego takiego, co wymagałoby od razu zastrzegania preferencyjnego traktowania, usprawiedliwiania, przepraszania (typu wrzaski, niszczenie mienia, naruszanie nietykalności itp.).
Czy trzeba zastrzec, że jest coś "nie tak" i to pomoże nie stać się obiektem ataku czy też raz pomoże, innym nie, ale szczęściu (tu: spokojowi) warto pomóc?
Wątek nie do końca na luzie.
Nie ma pytania, jest postawiony problem, teza (może z gruntu zła?), zapraszam do dyskusji.
Dodam, że problem trochę mnie dotyczy, a trochę nie - jestem osobą, która nigdy nie była diagnozowana pod kątem autyzmu, moje bycie w tym świecie nie należało do bezproblemowych i ja Cotton z jej próbami zrozumienia reguł i dostosowania się do nich rozumiem. Więc nie dokręcam jej śruby za mocno.
Ale nie o mnie