Tytuł wynika z moich obserwacji wakacyjnych a natchnęła mnie bea.bea
opowieścią o małej dziewczynce "prawie sierotce".
W czasie wakacji moja prawie 2-letnia córcia uwielbiała chodzić na różne
place zabaw a ja oczywiście z nią. Żeby sie nam nie nudziło oprócz
tradycyjnego zleżdżania i huśtania wymyślałyśmy różne zabawy. Najpierw dzieci
omijały mnie szerokim łukiem i patrzyły na mnie jak na dziwadło. Jedna z
dziewczynek powiedziała mi nawet "jaka ty duza jestes dziewcynka". Potem
jedna z dziewczynek zapytała czy może się do nas przyłączyć, potem kolejne
dzieci aż w końcu wszyscy sprzedawali i kupowali szyszkowe lody i piaskowe
ciasteczka. Dzieci pożeganały nas pytaniami kiedy znowu przyjdziemu bo było
super.
I tak sobie myślę czy rodzice bawią się z dzieckiem tylko do momentu kiedy
muszą non stop na nie patrzeć i pilnować a potem sobie odpuszczają? Czy mnie
też przejdzie ochota na wspólną zabawę?
Na plaży też ciagle słyszałam "idź do wody, baw się, nie nudź, zajmij sie
czymś". Czy to tak trudno wymyślić jakieś zajęcie? Przecież wakacje,
przynajmniej w moim pojęciu, są po to żeby zbliżyć do siebie zapracowanych
często rodziców i dzieci, a nie odganiać się od swoich "pociech"