maria-domicela
02.12.05, 14:54
Czytam to forum od dawna i muszę przyznać, że jesteście dla mnie jak Siostry.
Dlatego postanowiłam zwrócić się do Was o radę i wsparcie.
Mam 34 lata. Pochodzę z mało zamożnej, za to licznej rodziny. Od 15 lat
jestem mężatką, mamy pięciu synów, szóste dzieciątko noszę pod sercem. Za mąż
wyszłam z namowy rodziców. Nie z przymusu, ale za Ich radą. Chcieli dla mnie
jak najlepiej - mąż był i jest człowiekiem zamożnym. Jestem Mu wdzięczna za
wszystko, co robi dla mnie, dla dzieci i dla mojej Rodziny. Jest to człowiek
godny szacunku, porządny, nie pije, nie bije, wspiera mnie (m.in. wysłał mnie
na studia), pomaga ubogim, jest niezwykle oddany Bogu. Poza tym jest
stateczny - o 30 lat ode mnie starszy.
Ale czuję, że każdego dnia Go oszukuję. Moim największym marzeniem było
wstąpić do Sióstr Klarysek. Zdałam maturę i wybierałam się do nowicjatu, ale
Rodzice doradzili mi inną drogę. Pomyślałam sobie, że skoro poddaję się Ich
woli, to pewnie moje Powołanie nie jest prawdziwe i zarzuciłam swoje plany.
Urodziłam dzieci, które są dla mnie światłem, ale wciąż czuję jakąś tęsknotę.
Mam wrażenie, że nie odpowiedziałam na wezwanie.
Staram się w życiu codziennym przestrzegać surowszych zasad niż inni świeccy,
wspieram Kościół, pracuję na rzecz parafii. Jednak moje życie jest puste.
Bólem przepełnia mnie również i to, że być może nie zrealizuję moich marzeń.
Dopóki jestem mężatką nikt nie pozwoli mi wstąpić do Zakonu. Zresztą nie mogę
opuścić dzieci, dopóki się nie usamodzielnią i Męża, któremu zawdzięczam
wszystko na świecie...
Smutno mi, bo nie śmiem powiedzieć Mu o moich prawdziwych uczuciach. Jak
mogłabym powiedzieć Wcieleniu Dobroci, że Go nie kocham? Że szanuję, poważam,
jestem wdzięczna, ale nie kocham miłością żony?
Przepraszam, ale musiałam się wyżalić.
Pozdrawiam,
Maria-Domicela