Gość: guest
IP: *.*
29.09.01, 10:36
Naprawdę nie mam już siły... po całym tygodniu w domu (bez wychodzenia bo Marta chora) ciągłym lataniu koło domowych spraw, po notorycznym czekaniu na męża który wraca po 20.00, po nieprzespanych nocach przy kaszlącej Marcie - mój małżonek właśnie godzinę temu wyszedł sobie z domu... Bo nagle mu się przypomniało ,że musi coś tam załatwić i coś tam dokupić bo koniec miesiąca i Vat mu wychodzi ogromny etc etc... Ja wiele rzeczy rozumiem, staram się przynajmniej - ja wiem że to on nas utrzymuje - ale dlaczego on jest zawsze utwierdzony w przekonaniu że ja jestem z tym niezmiernie szczęśliwa? Dlaczego nigdy mu nie przyjdzie do głowy że jestem zmęczona, że całe dnie haruję w domu i latam wokół tego żeby on miał jak najlepiej... jest sobota - trzeba odkurzać, sprzątnąć porządnie łazienkę etc etc - a on sobie wychodzi - no bo nawet mu na myśl nie przejdzie że można mi pomóc! Że nie jest dla mnie szczytem rozkoszy szorowanie sedesu w sobotnie południe! Najgorsze ze jemu to nawet na myśl nie przyjdzie - ot wychodzi sobie i już... I jeszcze się na mnie obraził bo chciał zaprosić dziś swoich rodziców na obiadek... I oczywiście sie nie zgodziłam... I znowu ja jestem ta najgorsza.. Matko jedyna sił już nie mam...Rozmowy trafiają jak w gruby mur - zresztą juz chyba nie umiemy rozmawiać... Po takich scysjach zastanawiam się jak tak ciągnąć dalej? Po co? To niby drobnostki -ale u diabła - moje życie to tylko takie drobnostki!!!