Mam parę refleksji na temat miłości rodzicielskiej, którymi chciałabym się podzielić. Nie proszę ani o krytykę ani o rady-mam po prostu potrzebę podzielenia się tym co czuję.Moja ciąża była planowana i świadoma choć trochę "wymuszona" przez zycie-istniało ryzyko że mogę nie mieć dzieci więc lekarka postawiła sprawę jasno albo teraz albo "być może" nigdy. Powiem szczerze że było mi to bardzo nie na rękę. Własnie dostałam pracę na stałe, miałam kontynuować studia, mieliśmy kupić mieszkanie na kredyt i wogóle jeszcze było tyle rzeczy do zrobienia. Chcieliśmy mieć dziecko ale później.Zaszłam w ciążę i zaczęły się perypetie-problemy z ciążą-pół przeleżałam na podtrzymaniu, w związku z tym również problemy w pracy;problemy z teściami, z psem który zniszczył mieszkanie jak byłam w szpitalu i załatwiał się potem złośliwie w miszkaniu i wiele innych.To wszystko złożyło sie na niezłą nerwicę-chciałam urodzić i mieć spokój. Urodziłam poród był ciężki ale to nic-potrafię wiele znieść i jakoś mi to nie przeszkadzało. Po porodzie byłam w szoku-nie wiedziałam co robić, jak zająć się małym, często wyłam po kątach wtedy kiedy i on wył albo miałam mordercze instynkty-nie znosiłam jego płaczu a mój mąż wtedy się śmiał. Karmiłam małego piersią ale wcale nie sprawiało mi to przyjemności. Często chciałam wyjść z domu i nie wrócić. Często słyszałam że to takie moje fochy. Męża często nie było a ja "walczyłam" ze sobą i z dzieckiem.Potem poszłam po macierzynskim do pracy i to już było za dużo. Mąż w rozjazdach, a ja w biegu-dziecko do niani i psa, zakupy, sprzatanie i oczywiście praca. Wyglądałam jak zmora-podkrążone oczy, wiecznie śpiąca i słaniająca się na nogach. Zdawało mi się, że nie jestem w stanie kochać mojego Kucha bo jak można kochac kogoś nad kim skaczesz dbasz o niego a on ciągle wyje. Człowiek w desperacji myśli różne rzeczy.Wreszcie nie wytrzymałam. Zrzuciłam teraz większość obowiązków na męża- w końcu nie mogę być wiecznie niewolnicą swego domu i rodziny też mi sie coś należy od życia zanim skonam w biegu gdzieś na schodach. Wrzuciłam na luz i wreszcie udało mi się wyciszyć.Kuchu ma teraz 19 miesięcy i wiem że go kocham. Zaczynamy ze sobą współgrać-uczymy się od siebie wielu rzeczy a przede wszystkim miłości i zrozumienia. Powtarzam mu często, że go kocham a wtedy on uśmiecha się do mnie tak cudownie, zarzuca mi ręce na szyję i tuli się do mnie tak mocno jak tylko umie. On też zauwazył że jest inaczej i nawet zaczął wreszcie mówić "mama" i wie że sprawia mi to radość bo zawsze sie śmieje do mnie i czeka co zrobię, albo leci i nastawia pysio do całowania. moje słoneczko.Tak naprawdę to dopiero teraz czuję, że jestem matką i jesteśmy z moim Kuchem partnerami.Szanuję jego wybory, staram sie nic nie narzucać a on mimo tego, że jest jeszcze taki mały zdaje sie to wszystko doskonale rozumieć i czasami mam wrażenie że w tym moim małym ciałku jest juz prawie mężczyzna

I wiecie co? jestem naprawdę szczęśliwa!pozdrawiam wszystkie zdesperowane i zmęczone mamySu