Ostatnimi czasy tracę już wszelką nadzieję na to, że poprawi się nasza sytuacja materialna.Wciąż szukam sposobu na to "nasze cholerne życie", ale opadają mi już ręce.Piszecie o oszczędnościach... my nawet nie mamy z czego oszczędzić złotówki, zazwyczaj musimy się głowić jak opłacić co miesiąc wszystkie rachunki! Oboje pracujemy lecz niestety zarabiamy marne grosze, do tego ja już lada moment zostanę bez pracy.

A pracy nie ma...I ostatnio myślę sobie co z tego, że mamy siebie i miłość, czy tą miłość wsadzę im już niedługo do garnka?Kochamy się i jest między nami wspaniale, ale widzę, że już nie tylko ja miewam doły, mój mąż także, stajemy się smętni, przygnębieni, zdesperowani, zniechęceni, bo jakie szanse na przeżycie daje nam nasz cudowny kraj, wszystkie marzenia z dzieciństwa i nasza wiara pękają jak bańka mydlana...Jeszcze gotowi jesteśmy na ryzyko wyniesienia się gdzieśz dala od tej przeklętej polskiej rzeczywistości! Ale niedługo się poddamy..., bo nic się nie zmienia, nie mamy widoków na jakikolwiek wyjazd...ani na to, że tutaj czegoś dokonamy...Czasami nie chce się już żyć...