Moja przychodnia z tygodnia na tydzień co raz bardziej mnie saskakuje. A
słowo daję, myślałam, że niewiele mnie jeszcze w związku ze służbą zdrowia
zadziwi/zirytuje/podminuje...
Przykład 1) dziecko chore, dzwonię: na którą mogę przyjść? Odpowiedź: dzisiaj
wszystkie miejsca już zajęte (są zapisy i lista wyczerpana), chyba, że lekarz
zgodzi się przyjąć dziecko między innymi pacjentami. OK, przychodzę, lekarz i
tak zawsze zgadza się przyjąć dziecko, no bo co innego ma zrobić?
W poczekalni oczywiście zwykle sajgon: - Pani na którą? Ja na tą, ja na
tamtą, ja na żadną (czytaj: czekam na Państwa wspaniałomyślność). Czasami
jest tak, że trzeba mieć farta i a) wejść do gabinetu jak akurat nikogo nie
ma w poczekalni - to sytuacja komfortowa; b) nie przyznawać się wchodzącym,
że jest się spoza kolejki. Jest jeszcze wariant c) ktoś mówi - proszę, niech
Pani wejdzie przede mną.
PYTANIE: Po co robić zapisy??? Dorosły sobie poradzi, ale dzieckiem nie
bardzo da się czekać do następnego dnia, kiedy to są wolne miejsca... A
choroby się zwykle nie planuje, mam dziś zapisać zdrowe dziecko bo być może
jutro mi zachoruje i będzie problem z bezstresowym dostępem do lekarza? Czy
nie lepiej, żeby lekarze przyjmowali spontanicznie, albo też jeden na zapisy
a drugi w ramach dyżuru? Niestety, nie zarządzam przychodnią...
Zagadka pozostaje nierozwiązana.
Przykład 2) Chcę umówić się z ginekologiem. Jest 12.01, mam problem. W
rejestracji słyszę - Ooo, na ten miesiąc nie ma już miejsca a grafiku na luty
jeszcze nie ma... Grrrr! Mój "problem" jakoś się sam rozwiązał, ale uknułam
zemstę - zrobię strajk włoski i jak już będzie ten grafik na luty wpiszę się
od razu na 4 wizyty, po jednej na tydzień. I tak co miesiąc. Jak akurat
pojawi się potrzeba zdrowotna to termin będzie jak znalazł... Tyle mściwy
plan, teraz realia - stoję dziś w rejestracji po jakiś tam stępelek, obok
babka umawia się do ginekologa. Rejestratorka mówi - Oooo, ma Pani szczęście,
został tylko jeden termin, ostatni! 26-go lutego o 14,30. Hmmm... Dziś
dziewiętnasty stycznia, właśnie został zaklepany ostatni termin na luty, o
grafik na marzec nie pytam bo i tak wiem, że go jeszcze nie ma. Mściwy plan
mojego strajku włoskiego umarł śmiercią naturalną...
I jeszcze kilka takich kwiatków z mojej przychodni by się znalazło.
Teraz pytanie: jak jest u Was? Też drzycie biorąc do ręki słuchawkę lub
przkraczając drzwi przychodni? Bo ja zwykle mam małego sresa, cała się spinam
i bojowo nastawiam w razie, gdybym musiała zawalczyć o pediatrę... Oczywiście
zwykle dobijam do gabinetu, ale ta nutka niepewności co mnie czeka jest mocno
irytująca...
I jeszcze dzisiaj - idę z marszu do internisty dyżurnego, bo do tego na
zapisy oczywiście nie ma miejsc. Wygląda to tak: czekam godzinę wraz z innymi
pacjentami, co to odważyli się nagle zachorować, a tymczasem próg gabinetu
lekarza, do którego "nie ma miejsc" przez tą godzinę przekraczają dwie osoby.
Generalnie lekarz dyżurny z obłędem w oczach wypełnia recepty, podczas gdy
jego kolega z gabinetu obok przypuszczalnie składa papierowe samolociki bądź
relaksuje się przy lekturze porannej gazety...
No i co ja biedna mogę? Na menedżera się tam nie zatrudnię raczej, a czy
jakieś pismo ze spostrzeżeniami własnymi jest sens wysyłać?
Jeśli ktoś dobrnął do końca tego wywodu - gratuluję. Niech pożyczy mi zapasu
cierpliwości, przyda się